Władysław Siła-Nowicki o tzw. pogromie kieleckim

Zrzut ekranu 2017-08-12 o 17.18.08

WŁADYSŁAW SIŁA-NOWICKI: Czasy były przedziwne. Kiedy byłem w Kielcach w czasie tego straszliwego procesu o żydowski pogrom kielecki…

PYTANIE: W roku 1946?

WŁADYSŁAW SIŁA-NOWICKI: Tak. Tragiczny pogrom. Tego się teraz nie mówi, ale on się narodził zapewne w jakimś stopniu również z niebywale aktywnego udziału Żydów we władzach bezpieczeństwa po roku 1945. Poza tym zadziałała psychoza tłumu. Ten proces odbywał się w lipcu. Znałem Kielce, bo tam kończyłem gimnazjum. Godzina policyjna obowiązywała od 6 po południu, czyli jak słońce było jeszcze wysoko na niebie. Pracowałem wówczas w olejarni w Lublinie i przejeżdżałem przez Kielce. Wielokrotnie po drodze zatrzymywały nas patrole wojskowe. A same Kielce były wypełnione wojskiem. Proces odbywał się w gmachu sądu, który ja doskonale znałem, bo tam mój ojciec był sędzią. Rozprawę transmitowano przez megafony. Nie przyszło mi wówczas do głowy, że z prokuratorem oskarżającym w tej sprawie, którego głos ciągle dochodził z transmitowanej rozprawy, będę leżał za kilka lat na jednym sienniku, nakryty jednym kocem i że on w czasie ciszy nocnej będzie mi do ucha opowiadał dzieje procesu kieleckiego.

PYTANIE: Kielce to w zasadzie wstydliwa sprawa. Niewiele o niej wiadomo.

WŁADYSŁAW SIŁA-NOWICKI: Bo ja wiem, czy można ją nazwać wstydliwą? Straszna, tragiczna, – to jest niewątpliwe. Czy czytał pan artykuł w Tygodniu Powszechnym pt. „Biedni Polacy patrzą na getto”? Problem żydowski w okresie okupacji jest tam źle przedstawiony, przedstawiony w stosunku do Polaków niesprawiedliwie. Oczywiście, że wydarzenia w Kielcach były wynikiem psychozy, szaleństwa tłumu, no i oczywiście bardzo nieumiejętnego działania władz. Właściwie była to sprawa dziwna. Trzeba pamiętać, że na rdzennie etnicznych ziemiach polskich nie było nigdy wielkich pogromów żydowskich. Prawie wszystkie pogromy miały miejsce na Ukrainie. W Polsce największy pogrom Żydów był w Grodnie. Ale nie sięgał 20 ofiar. W Kielcach ofiar było 50. I stało się tak na zasadzie absolutnego, kompletnego nonsensu.

Na peryferiach Kielc mieszkało małżeństwo, któremu bardzo późno urodziło się pierwsze dziecko. Matka miała 49 lat – czyli na samej granicy biologicznej możliwości. Takie dziecko jest naturalnie przez rodziców specjalnie hołubione. Ten chłopczyk – nie pamiętam, ile miał lat – poszedł z kolegami na spacer w kierunku na wschód od Kielc. I powrócił dopiero po dwóch nocach spędzonych poza domem. Kiedy powrócił, rodzice zaczęli go wypytywać, co robił. On zaczął się mętnie tłumaczyć, że go ktoś zatrzymał, przetrzymywał i on nie mógł wrócić. Kłamał tak jak dziecko, bojąc się, że dostanie w skórę. Zbiegli się sąsiedzi. Zaczęły się pytania. Między innymi padło i to: „A może Żydzi ciebie trzymali?” Chłopiec na to zaczął mętnie kręcić, że może Żydzi. I z tego rozeszła się fama, że dziecko zostało porwane na macę.

PYTANIE: Na macę?

WŁADYSŁAW SIŁA-NOWICKI: Na macę. Nie pamięta pan procesu Bejlisa? (…) Chodziło o Bejlisa, Żyda, oskarżonego w Kijowie w roku 1913 o porwanie dziecka chrześcijańskiego na macę. Panu te słowa „Macoch” i „Bejlis” nic nie mówią, ale w Kielcach przypomniano tamto rzekome porwanie na macę.

Zebrał się jakiś niewielki tłumek i poszedł do domu na ul. Planty w Kielcach, gdzie czasowo przebywali Żydzi. Ci Żydzi nie mieli nic wspólnego z Polską ani z Kielcami. Przyjechali z dalekich stron Związku Radzieckiego. Po prostu, jeżeli się ktoś urodził przed I wojną światową na ziemiach należących do Polski w okresie międzywojennym, to miał prawo wyjazdu z ZSRR. Czyli, na przykład ktoś urodzony w marcu 1914 roku we Lwowie, wykorzystywał to prawo i z końca Syberii przyjeżdżał do Polski. Ci Żydzi mieli punkt przelotowy w Kielcach, z reguły w ogóle nie znali języka polskiego.

Tymczasem ludzie zaczęli się dobijać do tego domu. Jego mieszkańcy widząc, że przed domem zgromadził się podniecony tłum, nie chcieli otworzyć drzwi. Zjawił się jakiś milicjant, który na czele tłumu też dobijał się do tego domu. I już nikt nie wie, z czyjej strony padł pierwszy strzał przez zamknięte drzwi, bo ci Żydzi mieli broń. Tak zaczęła się cała ta historia. Uformował się pięciotysięczny, oszalały tłum, który zmasakrował tych nieszczęsnych Żydów. Przy tym ciekawostka. Otóż dziewczyna o bardzo żydowskim typie urody opatrywała w czasie tych wypadków rannych i nikt jej nie dotknął! Dla mnie był to typowy przykład psychozy tłumu i fatalnego działania władz bezpieczeństwa. Bo przecież na czele tego tłumu do domu dobijał się milicjant…

WŁADYSŁAW SIŁA-NOWICKI (1913-1994) polski adwokat, działacz polityczny, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, uczestnik wojny obronnej Polski w 1939, żołnierz Armii Krajowej oraz Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, współpracownik KOR, sędzia Trybunału Stanu w latach 1992–1993, współtwórca i pierwszy prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy, obrońca w wielu procesach politycznych.

źródło: Andrzej Kępiński, Inaczej. Kto jest kim, Gdańsk 1989. 
zdjęcie: Pogrzeb ofiar tzw. pogromu kieleckiego – Polska Kronika Filmowa, 22/46

Reklamy

„Dlaczego był faszyzm?”

Starając się odpowiedzieć na pytanie z postępowych broszurek dlaczego był faszyzm?, trzeba pamiętać, że:

– nie można interpretować dziejów/historii z wykorzystaniem dostępnej nam obecnie wiedzy na temat wydarzeń następujących po tych analizowanych przez nas, np. jak podaje za Golo Mannem Tomasz Gabiś: Przypatrzmy się na przykład jego [Hitlera] manifestowi z okazji wyborów w 1930 roku, tych wyborów, dzięki którym naziści naraz stali się partią przewodzącą. Ten demagogicznie nadzwyczaj skuteczny manifest ma trzynaście gęsto zadrukowanych stron. Ile spośród wielu tysięcy słów poświęconych jest «kwestii żydowskiej»? Ani jedno. Wyliczani są po kolei i znieważani wszyscy przeciwnicy i wrogowie, szubrawcy, których trzeba przegnać, zdrajcy, których trzeba ukarać; o Żydach nie ma nawet sylaby. I odnosi się to, z mało znaczącymi wyjątkami, do wszystkich mów i oświadczeń Hitlera między rokiem 1930 a 1933. Jest doprawdy zdumiewające, że faktu tego nigdy nie zauważono;

– nazizm nie był skrajną prawicą, a powoływanie się na związki między nimi trzeba interpretować jako wybór prawicy: albo zgniła liberalna demokracja, albo nadzieja w prężnie działających ruchach narodowych (które generalnie po rozpoznaniu zostały odrzucone jako prymitywne).

W tym kontekście idealnie sens tego wyboru oddaje fragment wstępu Stanisława Czerniaka i Rafała Michalskiego do pracy wybitnego niemieckiego filozofa Arnolda Gehlena Człowiek. Jego natura i stanowisko w świecie z 1940 roku:

Lata między 1933 a 1945 rokiem stanowią przełomowy pod względem filozoficznym, ale wysoce ambiwalentny w wymiarze decyzji życiowych, okres twórczości Gehlena. Podobniej jak wielu innych czołowych niemieckich intelektualistów, filozof wstąpił do NSDAP (1933), jednakże nie piastował żadnych znaczących funkcji w organizacji tej partii. W swoim wykładzie inauguracyjnym „Der Staat und die Philosophie” uznał państwo faszystowskie za „konieczny przedmiot ducha, a tym samym filozofii”. Ta jednoznaczna na pierwszy rzut oka deklaracja nie wydaje się jednak przejawem oportunizmu politycznego Gehlena, lecz stanowi raczej logiczną konsekwencję jego diagnozy kryzysu współczesnej kultury. W cytowanym wykładziem, podobnie jak we wcześniejszych pracach, filozof podkreśla, że żyjemy w świecie kierowanym imperatywem ekonomicznego zysku i zasadą (wybujałego) subiektywizmu, które osłabiają państwo i porządek instytucji społecznych. Nadmiar krytycznej, jałowej refleksji podkopuje normatywny ład, relatywizuje istniejące systemy wartości i odrywa człowieka od sfery działania. Zatomizowane jednostki nie są w stanie działać dla dobra ogółu, a niekończące się debaty toczone w ramach liberalnej demokracji osłabiają motywacyjną siłę idei zakorzenionych w sferze etyczności. Rezultatem absolutyzacji jednostkowej wolności jest zanik fundamentalnych dla człowieka form autodyscypliny kształtujących siłę woli i stabilny charakter. Erozja porządku normatywnego, zasad i instytucji utrzymujących w karbach witalną naturę człowieka powoduje powstanie nadwyżki niekontrolowanej i chaotycznej energii popędowej, która niszczy wnętrze współczesnego indywiduum”.

ARNOLD GEHLEN, Człowiek. Jego natura i środowisko w świecie http://wydawnictwo.umk.pl/pl/products/4073/czlowiek-jego-natura-i-srodowisko-w-swiecie

Weimarer Republik - Reichstag

Z dziejów nielegalnych organizacji młodzieżowych w PRL z lat 80.

Publikacja „Nielegalne organizacje i grupy młodzieży szkolnej w Polsce w latach 1980-1982” wydana przez Instytut Kryminalistyki i Kryminologi ASW w Warszawie w 1985 roku.

W trakcie przeszukań mieszkań i kryjówek członków nielegalnych organizacji terrorystycznych młodzieży szkolnej m.in. ujawniono i zakwestionowano:

a/ u członków siedmio-osobowej organizacji „Bojownicy Chrystusa Króla – Faszyzm – Solidarność” w Białymstoku: 50 szt. amunicji, kajdanki, toporek straży pożarnej (…)

b/ u członków sześcio-osobowej organizacji „Związek Walki o Niepodległość” w Chojnicach w woj. bydgoskim: bagnet wojskowy, maczetę i przyrząd w postaci dwóch pałek drewnianych związanych łańcuchem do duszenia ofiar. Członkowie tej organizacji planowali dokonywanie napadów na funkcjonariuszy MO i żołnierzy WP w celu zdobycia broni, zamierzali podjąć działalność partyzancką w lasach w okolicach Chojnic. Inna nielegalna organizacja młodzieży szkolnej „OX”, również z Chojnic, faszystowsko-lewacka, naśladująca ugrupowania lewackie z RFN typu „Bader-Meinhoff” uprawiała terror fizyczny za pomocą kastetów, pałek i innych narzędzi. Nawiązała kontakty i współpracę z kilkoma nielegalnymi organizacjami terrorystycznymi i faszystowskimi w kraju, określiła obszar terrorystycznego działania „nadludzi;

c/ u członków siedmio-osobowej nielegalnej organizacji młodzieży szkolnej w Katowicach: materiały wybuchowe przeznaczone do niszczenia samochodów MO i truciznę mającą służyć do wstrzykiwania do butelek z mlekiem, stawianych przed mieszkaniami funkcjonariuszy;

d/ u członków dziesięcio-osobowej nielegalnej organizacji w Krakowie: magazynek z 36 szt. amunicji, granat, pałki. W celu zdobycia większej liczby broni wprowadzili oni jednego ze swoich członków do organizacji LOK. Zamierzali również dokonać w tym celu napadu na posterunek MO. Należy podkreślić, że miejscem stałych spotkań członków tej organizacji była plebania, faktyczny zaś jej organizatorem był ksiądz parafii rzymskokatolickiej; 

e/ u członków dwunasto-osobowej nielegalnej organizacji „Tajna Organizacja Faszystowska” w Wałczu, woj. pilskie: 2 pistolety. Była to organizacja terrorystyczno-faszystowska działająca na wzór „Czerwonych Brygad”. Osoby uznane przez tę organizację za wrogów były znaczone swastyką tatuowaną na twarzy. Członkowie organizacji narkotyzowali się;

f/ u członków cztero-osobowej organizacji „Ruch Oporu Podziemia – Solidarność” w Warszawie: materiały wybuchowe i benzynę, przeznaczone m.in. do zniszczenia pomnika F. Dzierżyńskiego. Członkowie tej organizacji prowadzili kartotekę osób działających w podziemiu. Planowali wypalanie na czole wyrazu „zdrajca” osobom uznanym przez nich za kolaborantów, jak również strzyżenie do skóry włosów redaktorom DTV;

Przy okazji książki François Souchala „Wandalizm rewolucji”

*

Wielka Rewolucja Francuska rozpoczęła trwającą do dzisiaj „wspaniałą” walkę o „Wolność, Równość, Braterstwo, albo Śmierć”:

„Obsesja równości za wszelką cenę rozciągała się na zabytki. Irytujące stały się iglice kościołów, w które wznosiły się do nieba, pustego oczywiście, i swymi rozmiarami raziły wzrok obywatela, nie mogącego tolerować takiego wywyższania się.

(…)

Nieco na północy inny członek Konwentu, Bo, wydał zarządzenie nakazujące, by w imię zasad równości obalić wszystkie dzwonnice i inne części kościołów wznoszące się ponad wysokość dachu nawy. Wspominają o tym oficjalne teksty; niestety zarządzenie wcielono w życie. Trzeba było ścinać dzwonnice tak samo jak głowy.

(…)

[o Strasburgu] „Tymczasem wysokość iglicy – z pewnością wyjątkowa – jawiła się jako wyzwanie nie do zniesienia, obraza równości, jak wiadomo, świętej zasady republikańskiej. Członkowie klubu jakobinów nawoływali, by zrównać z ziemią „tę piramidę wzniesioną przez zabobon ludu”, która przypominała o „dawnych błędach”. Element umiarkowany samorządu się sprzeciwił. Dla ratowania dzwonnicy wymyślono, by ją przystroić w olbrzymią czapkę frygijską z blachy pomalowanej na czerwono. Wieża katedry stawała się w ten sposób latarnią morską rewolucji!”.

*

„Oczywiście można bez końca deliberować nad tym, czy należy wrzucać do jednego worka jakobinów i sankiulotów, czy są różne rodzaje jakobinów. To akademickie spory, które niczego nie ujmują z opartego na niepodważalnych faktach i dokumentach twierdzenia, że zwolennicy nowego ustroju dokonali lub pozwolili dokonać gigantycznej masakry dziedzictwa artystycznego i kulturowego Francji, i to z nakazem, współudziałem i błogosławieństwem organów władzy publicznej. Bilans jest straszliwie ciężki, a towarzyszył mu nie mniej okropny regres w oświacie i w przyroście kulturowego bogactwa; przez dziesięć lat Francuzi pozostaną na ugorze, stracą część swoich korzeni; to zaćmienie także stanowi aspekt wandalizmu rewolucji”.

*

„Obliczono, że w następstwie rewolucji stolica straciła 3/4 kościołów. Te zaś, których nie zburzono, nie przedstawiały się wiele lepiej wskutek niegodnego użytkowania i braku należytego utrzymania”.

*

„Niestudzenie przekształca on [Dujon, rewolucjonista] wszystko, co w jakikolwiek sposób kojarzy się z religią, i z iście diaboliczną fantazją dorabia inne atrybuty, które nadają nowe znaczenie istniejącym już figurom. Poprawia rzeźby w niszach, krzyże zastępuje pniem drzew lub szablą, gałązki lilii – gałązką dębu. Na księdze, którą trzymał ewangelista, pisze: „historia Rewolucji francuskiej”, na tablicach Mojżesza ryje Prawa Człowieka i Obywatela”.

(…)

„Ludzie nowego ustroju zabrali się, i to bardzo wcześnie, za symbole; już w czerwcu 1790 roku zaleca się zniesienie herbów, nie tylko co do zasady, jako znaków wyróżniających uprzywilejowaną klasę społeczną, ale także w sensie materialnym, przez usunięcie ich z wszystkich miejsc, w których się znajdowały. Otóż miejsca te były niezliczone: okładki książek, obrazy, drzwi karoc, portale, ławki kościelne itp. Jako że państwo rewolucyjne zagarnęło wiele dóbr ruchomych i nieruchomych, pole zastosowania tych zaleceń było olbrzymie, co nie zwalniało właścicieli prywatnych z posłuszeństwa nakazom”.

(…)

Widzieliśmy jak zgubne dla zabytków kościelnych było polowanie na symbole dawnego ustroju. Te same przyczyny miały te same skutki dla siedzib szlacheckich, wyróżniających się właśnie obecnością herbów. Herby wszakże widniały wszędzie: na witrażach, nagrobkach, portretach malarskich i rzeźbiarskich, nad portalami, na rycinach, oprawach książek, na powozach, na szyldach sklepów. Trzeba było mnóstwo pracy, by usunąć te skandaliczne znaki feudalizmu; szybko pojawił się problem polegający na tym, że zdrapując lub skuwając przeklęty obrazek, z dużym prawdopodobieństwem można było też zepsuć wszystko dookoła, to znaczy całkowicie zniszczyć dzieło, które miało nieszczęście nosić ów znak”.

*

Rewolucja antyfrancuska uznawana jest za matrycę wszystkich późniejszych rewolucji, z bolszewicką na czele, którym przyświecają w głównej mierze idee dechrystianizacji świata. A i dzisiaj, w czasach „post-marksizmu”, czy marksizmu kulturowego jest tak samo, zmieniają się jedynie środki. Cele przyświecające rozjuszonym francuskim rewolucjonistom i dzisiejszym teatralnym bojownikom są takie same.

Souchal w swojej książce rewolucyjny amok niszczenia dzieł sztuki z czasów monarchii kilkukrotnie określa jako egzorcyzmy, czyli wypędzanie złego ducha tyranii. Pisze, że „wiek XVIII to czas, kiedy symbol zachowuje całą swoją moc”, i dalej: „Od zawsze i we wszystkich cywilizacjach powielano wizerunek władcy; oczywiście wizerunek nie zastępował władcy, ale przez podobieństwo do niego był obdarzony pewną mocą reprezentacji i zasługiwał w związku z tym na szacunek, odbicie respektu należnego monarsze. W sytuacji, gdy nie było już monarchy, a więc i respektu, wizerunek tracił całą swoją moc i godność, stając się wręcz przedmiotem odrazy i zgorszenia (…). Podobnie jak w przypadku grobów w Saint-Denis chodzi więc o akt desakralizacji, profanacji w etymologicznym sensie tego słowa, o rodzaj egzorcyzmu. To, co jest rozbite i zdeptane, traci całą wartość”.

W tym kontekście zupełnie nie dziwią seks oralny z figurą JPII czy Jezus gwałcący muzułmankę w postępowych sztukach.

*

Najlepszy interes robi się na wzburzonych masach, podczas ich największego wzmożenia; jak dzisiaj, wzmożenia patriotycznego z jednej strony (koszulki z ŻW), a z drugiej wzmożenia partyzanckiego (KOD i inne). Lewica kpiąc z „mody patriotycznej”, sama produkuje koszulki z hasłami „tak wygląda lezba”. I jak zawsze, nihil novi sub sole; Francois Souchal w „Wandalizmie rewolucji” opisuje biznes plan z czasów rewolucji anty-francuskiej, przy okazji zburzenia Bastylii:

„Smutnym bohaterem tego cynicznego żerowania jest niejako Palloy, przedsiębiorca budowlany, choć należałoby rzec: przedsiębiorca rozbiórkowy, który mienił się jednym ze „zdobywców” Bastylii i wygrał przetarg na usunięcie znienawidzonej fortecy aż do fundamentów. Dawało to ogromna masą kamienia. Ten osobnik o płodnej wyobraźni wpadł na pomysł, by handlować kamieniami z gruzów i skorzystać na „patriotycznym” entuzjazmie, oferując owe kamienie jako relikwie. Żeby wyciągnąć maksymalny zysk, wykuwał z nich popiersia bohaterów tego czasu, i jeszcze lepiej: nadawał im formę zbliżoną do fortecy w miniaturze. Sprzedawał więc małe „bastylie”; dzięki dobrej sieci reklamy rozprowadzał je nawet na głębokiej francuskiej prowincji. Miniatury Bastylii stały się prawdziwymi „dewocjonaliami”, które czczono i którymi posługiwano się przy okazji najmniejszego święta rewolucyjnego, obwożąc je na tryumfalnych wozach lub eksponując na przenośnych ołtarzach niczym Najświętszy Sakrament, podczas gdy szaleńcy wydzierali ze skarbców kościelnych relikwiarze i wyrzucali ich zawartość na śmietnik! Ta groteskowa sakralizacja była w każdym razie korzystna dla Palloy, który rozumiał, że interes można jeszcze rozwinąć. Zaczął zasypywać rynek bibelotami i tandetą, zawsze związanymi ze wspomnieniem Bastylii i jej „wyzwolenia”. Podobno z łańcuchów więziennych wybił medale „przeznaczone do tego, by spoczywać na piersiach ludzi wolnych”, a z rejestru więźniów wyciął patriotyczne karty do gry. Zbudował też sobie dom z kamieni po Bastylii. W swoim bezwstydzie posunął się aż do podarowania uwięzionemu małemu delfinowi gry w domino wykonanej z materiałów po Bastylii, „żeby go natchnąć wstrętem do tyranii”. Samemu tytułując się „patriotą Palloy”, obnosił się z gorliwym jakobinizmem”.

François Souchal, „Wandalizm rewolucji”: http://kronos.org.pl/ksiazki/wandalizm-rewolucji/

Roman Bratny o Januszach promocji pod koniec lat czterdziestych

„Pisywałem wówczas wiersze w dość trudnej, niepopularnej poetyce. Byłem więc mało czytany, a będąc w biedzie, musiałem uczestniczyć w akcjach popularyzacji literatury poprzez wieczory autorskie. Zdarzały mi się różne sytuacje. Przyjeżdżam, na przykład, do miasteczka z moim przewodnikiem i nagle widzę wielki afisz: występuje Zofia Nałkowska. Mówię do niego z pewną pretensją: „Jak możecie mnie tu przywozić, młodego debiutanta, kiedy jest równocześnie wieczór takiej sławy?
– Ależ nie, to jest pana wieczór autorski.
– Jak to mój wieczór?
– No tak, bo nikt by przecież nie przyszedł na pana, więc zapowiadamy Zofię Nałkowską, a potem przeprosimy i pan będzie czytał swoje wiersze.
No więc czytało się te wiersze wobec publiczności spędzonej często przez sołtysa, matek z dziećmi u piersi, i zdarzały mi się pytania: „Panie, a kiedy będzie pan te sztuki pokazywał?”. Bo jak się okazało, inny spryciarz zawiadomił, że przyjeżdża prestidigitator, który będzie tu prezentował swoje umiejętności, a tymczasem wychodzę ja i czytam jakieś wiersze”.

Roman Bratny

Bydgoska muzyka rozrywkowa – kiedyś i dziś

Zrzut ekranu 2017-04-23 o 19.57.05

Muzycy tworzą w skromnych warunkach – w piwnicach ukrytych pod sklepami spożywczymi lub w pomieszczeniach po upadłych wielkich bydgoskich zakładach. Jednak nawet niewielkie sukcesy artystyczne bywają okupione ogromnymi stratami, choćby powodowanymi przez ulewne deszcze zalewające sale prób w suterenach. Dokuczliwe są również mroźne zimy, gdy tworzenie muzyki utrudniają skostniałe dłonie lub psujące się sprzęty – nie wszędzie bowiem działa ogrzewanie. Mimo wielu przeciwności, lokalnym twórcom udaje się jednak funkcjonować w muzycznej branży i pojawiać się u popularnych redaktorów muzycznych w znanych stacjach radiowych (Trójka) i na największych polskich festiwalach (OFF Festival). Oczywiście to funkcjonowanie w zdecydowanej większości przypadków nie wiąże się z finansowymi zyskami i sławą dającą rozpoznawalność. Zespoły i solowi wykonawcy tworzący muzykę nieoczywistą i trudną w odbiorze, siłą rzeczy trafiają do niewielkich grup odbiorców zainteresowanych ambitniejszymi projektami. Bywa, że niezauważeni w Polsce, cieszą się wielkim uznaniem zachodnich krytyków, by dopiero później zdobyć popularność w regionie. Tak było z bydgoszczaninem Jakubem Ziołkiem, laureatem Paszportu Polityki w kategorii „muzyka popularna” za 2015 rok…

Całość na stronie Tygodnika Bydgoskiego: http://www.tygodnikbydgoski.pl/kultura/ambitne-brzmienie-bydgoszczy

Wasilij Grossman – „Życie i los”

Grossman_Zycie_i_los

Przez wielu krytyków dzieło Grossmana uważane jest za największą rosyjską powieść XX wieku. Znany angielski historyk Antony Beevor umieścił ją, obok prac naukowych (np. o Hitlerze), wśród pięciu najlepszych książek o II wojnie światowej. Autor swoje opus magnum ukończył w 1960 roku, choć wkrótce potem zostało ono zarekwirowane przez KGB, wraz z taśmami z maszyny, na której powstało. Powieść uznano za wyjątkowo niebezpieczną, bowiem jest w istocie rozliczeniem z sowieckim reżimem…

czytaj więcej: http://booklips.pl/recenzje/los-czlowieka-sowieckiego/