Przy okazji książki François Souchala „Wandalizm rewolucji”

*

Rewolucja antyfrancuska uznawana jest za matrycę wszystkich późniejszych rewolucji, z bolszewicką na czele, którym przyświecają w głównej mierze idee dechrystianizacji świata. A i dzisiaj, w czasach „post-marksizmu”, czy marksizmu kulturowego jest tak samo, zmieniają się jedynie środki. Cele przyświecające rozjuszonym francuskim rewolucjonistom i dzisiejszym teatralnym bojownikom są takie same.

Souchal w swojej książce rewolucyjny amok niszczenia dzieł sztuki z czasów monarchii kilkukrotnie określa jako egzorcyzmy, czyli wypędzanie złego ducha tyranii. Pisze, że „wiek XVIII to czas, kiedy symbol zachowuje całą swoją moc”, i dalej: „Od zawsze i we wszystkich cywilizacjach powielano wizerunek władcy; oczywiście wizerunek nie zastępował władcy, ale przez podobieństwo do niego był obdarzony pewną mocą reprezentacji i zasługiwał w związku z tym na szacunek, odbicie respektu należnego monarsze. W sytuacji, gdy nie było już monarchy, a więc i respektu, wizerunek tracił całą swoją moc i godność, stając się wręcz przedmiotem odrazy i zgorszenia (…). Podobnie jak w przypadku grobów w Saint-Denis chodzi więc o akt desakralizacji, profanacji w etymologicznym sensie tego słowa, o rodzaj egzorcyzmu. To, co jest rozbite i zdeptane, traci całą wartość”.

W tym kontekście zupełnie nie dziwią seks oralny z figurą JPII czy Jezus gwałcący muzułmankę w postępowych sztukach.

*

Najlepszy interes robi się na wzburzonych masach, podczas ich największego wzmożenia; jak dzisiaj, wzmożenia patriotycznego z jednej strony (koszulki z ŻW), a z drugiej wzmożenia partyzanckiego (KOD i inne). Lewica kpiąc z „mody patriotycznej”, sama produkuje koszulki z hasłami „tak wygląda lezba”. I jak zawsze, nihil novi sub sole; Francois Souchal w „Wandalizmie rewolucji” opisuje biznes plan z czasów rewolucji anty-francuskiej, przy okazji zburzenia Bastylii:

„Smutnym bohaterem tego cynicznego żerowania jest niejako Palloy, przedsiębiorca budowlany, choć należałoby rzec: przedsiębiorca rozbiórkowy, który mienił się jednym ze „zdobywców” Bastylii i wygrał przetarg na usunięcie znienawidzonej fortecy aż do fundamentów. Dawało to ogromna masą kamienia. Ten osobnik o płodnej wyobraźni wpadł na pomysł, by handlować kamieniami z gruzów i skorzystać na „patriotycznym” entuzjazmie, oferując owe kamienie jako relikwie. Żeby wyciągnąć maksymalny zysk, wykuwał z nich popiersia bohaterów tego czasu, i jeszcze lepiej: nadawał im formę zbliżoną do fortecy w miniaturze. Sprzedawał więc małe „bastylie”; dzięki dobrej sieci reklamy rozprowadzał je nawet na głębokiej francuskiej prowincji. Miniatury Bastylii stały się prawdziwymi „dewocjonaliami”, które czczono i którymi posługiwano się przy okazji najmniejszego święta rewolucyjnego, obwożąc je na tryumfalnych wozach lub eksponując na przenośnych ołtarzach niczym Najświętszy Sakrament, podczas gdy szaleńcy wydzierali ze skarbców kościelnych relikwiarze i wyrzucali ich zawartość na śmietnik! Ta groteskowa sakralizacja była w każdym razie korzystna dla Palloy, który rozumiał, że interes można jeszcze rozwinąć. Zaczął zasypywać rynek bibelotami i tandetą, zawsze związanymi ze wspomnieniem Bastylii i jej „wyzwolenia”. Podobno z łańcuchów więziennych wybił medale „przeznaczone do tego, by spoczywać na piersiach ludzi wolnych”, a z rejestru więźniów wyciął patriotyczne karty do gry. Zbudował też sobie dom z kamieni po Bastylii. W swoim bezwstydzie posunął się aż do podarowania uwięzionemu małemu delfinowi gry w domino wykonanej z materiałów po Bastylii, „żeby go natchnąć wstrętem do tyranii”. Samemu tytułując się „patriotą Palloy”, obnosił się z gorliwym jakobinizmem”.

*

Wielka Rewolucja Francuska rozpoczęła trwającą do dzisiaj „wspaniałą” walkę o „Wolność, Równość, Braterstwo, albo Śmierć”:

„Obsesja równości za wszelką cenę rozciągała się na zabytki. Irytujące stały się iglice kościołów, w które wznosiły się do nieba, pustego oczywiście, i swymi rozmiarami raziły wzrok obywatela, nie mogącego tolerować takiego wywyższania się.

(…)

Nieco na północy inny członek Konwentu, Bo, wydał zarządzenie nakazujące, by w imię zasad równości obalić wszystkie dzwonnice i inne części kościołów wznoszące się ponad wysokość dachu nawy. Wspominają o tym oficjalne teksty; niestety zarządzenie wcielono w życie. Trzeba było ścinać dzwonnice tak samo jak głowy.

(…)

[o Strasburgu] „Tymczasem wysokość iglicy – z pewnością wyjątkowa – jawiła się jako wyzwanie nie do zniesienia, obraza równości, jak wiadomo, świętej zasady republikańskiej. Członkowie klubu jakobinów nawoływali, by zrównać z ziemią „tę piramidę wzniesioną przez zabobon ludu”, która przypominała o „dawnych błędach”. Element umiarkowany samorządu się sprzeciwił. Dla ratowania dzwonnicy wymyślono, by ją przystroić w olbrzymią czapkę frygijską z blachy pomalowanej na czerwono. Wieża katedry stawała się w ten sposób latarnią morską rewolucji!”.

François Souchal, „Wandalizm rewolucji”: http://kronos.org.pl/ksiazki/wandalizm-rewolucji/

Roman Bratny o Januszach promocji pod koniec lat czterdziestych

„Pisywałem wówczas wiersze w dość trudnej, niepopularnej poetyce. Byłem więc mało czytany, a będąc w biedzie, musiałem uczestniczyć w akcjach popularyzacji literatury poprzez wieczory autorskie. Zdarzały mi się różne sytuacje. Przyjeżdżam, na przykład, do miasteczka z moim przewodnikiem i nagle widzę wielki afisz: występuje Zofia Nałkowska. Mówię do niego z pewną pretensją: „Jak możecie mnie tu przywozić, młodego debiutanta, kiedy jest równocześnie wieczór takiej sławy?
– Ależ nie, to jest pana wieczór autorski.
– Jak to mój wieczór?
– No tak, bo nikt by przecież nie przyszedł na pana, więc zapowiadamy Zofię Nałkowską, a potem przeprosimy i pan będzie czytał swoje wiersze.
No więc czytało się te wiersze wobec publiczności spędzonej często przez sołtysa, matek z dziećmi u piersi, i zdarzały mi się pytania: „Panie, a kiedy będzie pan te sztuki pokazywał?”. Bo jak się okazało, inny spryciarz zawiadomił, że przyjeżdża prestidigitator, który będzie tu prezentował swoje umiejętności, a tymczasem wychodzę ja i czytam jakieś wiersze”.

Roman Bratny

Bydgoska muzyka rozrywkowa – kiedyś i dziś

Zrzut ekranu 2017-04-23 o 19.57.05

Muzycy tworzą w skromnych warunkach – w piwnicach ukrytych pod sklepami spożywczymi lub w pomieszczeniach po upadłych wielkich bydgoskich zakładach. Jednak nawet niewielkie sukcesy artystyczne bywają okupione ogromnymi stratami, choćby powodowanymi przez ulewne deszcze zalewające sale prób w suterenach. Dokuczliwe są również mroźne zimy, gdy tworzenie muzyki utrudniają skostniałe dłonie lub psujące się sprzęty – nie wszędzie bowiem działa ogrzewanie. Mimo wielu przeciwności, lokalnym twórcom udaje się jednak funkcjonować w muzycznej branży i pojawiać się u popularnych redaktorów muzycznych w znanych stacjach radiowych (Trójka) i na największych polskich festiwalach (OFF Festival). Oczywiście to funkcjonowanie w zdecydowanej większości przypadków nie wiąże się z finansowymi zyskami i sławą dającą rozpoznawalność. Zespoły i solowi wykonawcy tworzący muzykę nieoczywistą i trudną w odbiorze, siłą rzeczy trafiają do niewielkich grup odbiorców zainteresowanych ambitniejszymi projektami. Bywa, że niezauważeni w Polsce, cieszą się wielkim uznaniem zachodnich krytyków, by dopiero później zdobyć popularność w regionie. Tak było z bydgoszczaninem Jakubem Ziołkiem, laureatem Paszportu Polityki w kategorii „muzyka popularna” za 2015 rok…

Całość na stronie Tygodnika Bydgoskiego: http://www.tygodnikbydgoski.pl/kultura/ambitne-brzmienie-bydgoszczy

Wasilij Grossman – „Życie i los”

Grossman_Zycie_i_los

Przez wielu krytyków dzieło Grossmana uważane jest za największą rosyjską powieść XX wieku. Znany angielski historyk Antony Beevor umieścił ją, obok prac naukowych (np. o Hitlerze), wśród pięciu najlepszych książek o II wojnie światowej. Autor swoje opus magnum ukończył w 1960 roku, choć wkrótce potem zostało ono zarekwirowane przez KGB, wraz z taśmami z maszyny, na której powstało. Powieść uznano za wyjątkowo niebezpieczną, bowiem jest w istocie rozliczeniem z sowieckim reżimem…

czytaj więcej: http://booklips.pl/recenzje/los-czlowieka-sowieckiego/

O Józefie Mackiewiczu

mackiewicz

„Niemcy robili z nas bohaterów, a sowieci gówno” Józef Mackiewicz

I Wśród wielu dyskusji toczonych wokół Józefa Mackiewicza, ciekawa wydaje się ta dotycząca wydawania jego książek. Prawa posiada wydawnictwo Kontra, którego założycielami byli Nina Karsov-Szechter i Szymon Szechter – wujek Adama Michnika. Znany jest stosunek Michnika do ludzi pokroju Mackiewicza – to jaskiniowi antykomuniści. Dochodzą do tego, jakieś dziwne sytuacje związane z prawami autorskimi po Józefie. Konkludując, jest gros osób w Polsce (np. Jacek Trznadel, Włodzimierz Odojewski, czy Grzegorz Eberhardt), które twierdzą, że wszystko to składa się na niechęć tegoż wydawnictwa do wydawania książek Mackiewicza (z powodów ideologicznych?). Natomiast np. Włodzimierz Bolecki, autor monografii pisarza „Ptasznik z Wilna”, twierdzi coś wręcz odwrotnego, że to właśnie dzięki staraniom Niny Karsov jest możliwość czytania Mackiewicza w pięknych wydaniach, a w swojej książce wylicza akcje promocyjne dotyczące pisarza.

Tutaj np. oświadczenie Kapituły Nagrody im. Józefa Mackiewicza z 2006 roku:

„Sposób dysponowania przez Ninę Karsov-Szechter prawami autorskimi do spuścizny Józefa Mackiewicza, ograniczenia w wydawaniu jego dzieł (w tym blokada tłumaczeń na języki obce), nieuzasadnione i absurdalne opatrywanie egzemplarzy jego utworów narzucaną interpretacją postawy pisarza (że mianowicie Józef Mackiewicz nie chciałby wydawać swych utworów w Polsce) – wszystko to narusza zasadniczo dobra osobiste Józefa Mackiewicza. Kapituła wyraża swój stanowczy i uzasadniony sprzeciw wobec tej sytuacji. W trosce o dobro kultury i literatury polskiej zwracamy na te fakty uwagę czytelników, ale także czynników odpowiedzialnych za polską kulturę, a w szczególności Ministra Kultury”.

Nie znam się, nie orientuję, ale faktem jest, że książki Mackiewicz są zadziwiająco drogie i niedostępne. Przez mniej więcej ostatni rok, w Empiku, knigi objęte były promocją i kosztowały ok. 50/60-zł. Jakiś czas temu promocja się skończyła i wyglądało to tak, że np. „Sprawa pułkownika Miasojedowa” kosztowała 86,99-zł., a „Lewa wolna” 89,99-zł. Promocja znów się pojawiła, ale książki są już droższe niż przy okazji poprzedniej.

II Mackiewicz miał wszelkie podstawy do tego, by zostać alkoholikiem; oskarżenie o kolaborację z Niemcami podczas okupacji, wyrok śmierci wydany przez AK, oglądanie grobów katyńskich, tułaczka po świeci, życie w biedzie. Wyklęty przez wszystkie koterie, stronnictwa i systemy. W PRL zakazany, bo zapiekły antykomunista. Na emigracji znienawidzony, bo pisał np. że ułani nie byli piękni i kolorowi. Tak to wyglądało po wydaniu powieści „Lewa wolna” o wojnie polsko-bolszewickiej:

Z broszury Stowarzyszenia Kombatantów Polskich pt. „W obronie prawdy historycznej” w celu potępienia Mackiewicza] Gen. Tadeusz Pełczyński: „Obraz lat 1919-20 zarysowany przez Mackiewicza … musimy całkowicie odrzucić jako nieprawdziwy, tendencyjnie wypaczony i uwłaczający nam […] Kawalerzyści polscy występujący w tej powieści, a reprezentujący żołnierza polskiego w ogóle, to ludzie bez żadnej busoli ideowej. […] Kobiety biorące udział w walce – to według Mackiewicza nierządnice i lesbijki rozwydrzone seksualnie. Przedstawia on je wszystkie w sposób poniżający Polki w ogóle”.

W 1981 roku przyznano mu nagrodę Kultury Paryskiej. Herling-Grudziński wygłosił laudację, po której Mackiewicz odmówił przyjęcia nagrody. (Rozpoczyna się tak: „Powieściopisarz, nowelista, publicysta. Odsuńmy na bok publicystykę, którą eufemistycznie określić można jako popis niepoczytalności przystrajającej się w piórka „czystego i niezłomnego antykomunizmu”, ale Mackiewicz wybitny powieściopisarz i nowelista ma na emigracji pozycję dość osobliwą”.).

III W październiku 1944 roku definiował najważniejszych wrogów Polski: 1. Polak bolszewik 2. Bolszewik w ogóle 3. Niemiec.

IV „Ptasznik z Wilna” niejednokrotnie zestawia carską Rosję z bolszewicką, i przywołuje np. historie, że za cara, za krytykę Mikołaja II, dostawało się 2 tygodnie twierdzy, natomiast za komuny nie sposób kogokolwiek krytykować i pozostać przy życiu. Porównuje reżim sowiecki z nazistowskim, i zauważa, że gdy Niemcy mimo wszystko organizują różnego rodzaju prowokacje – np. niemieccy żołnierze w polskich mundurach – sowieci nie tracą na takie rzeczy czasu i po prostu mówią o wydarzeniach i nie ma znaczenia, czy miały one miejsce czy nie.

Józef i Stanisław Mackiewiczowie, choć obaj hołdowali myśleniu realistycznemu w polityce, inaczej interpretowali niebezpieczeństwo ze Wschodu. Stanisław kontynuował punkt widzenia Studnickiego, gdzie Sowiety były kolejną odmianą państwa rosyjskiego, niezmiennie nam zagrażającego. Józef natomiast był spadkobiercą myśli Zdziechowskiego i nowoczesnego rozpatrywania komunistycznego zagrożenia, wielokrotnie akcentując w powieściach, że Sowiety TO NIE Rosja.

Poniżej tekst Józefa Mackiewicza z 1947 roku o propagandzie (również polskiej) utrudniającej odpowiednie rozeznanie sowieckiego zagrożenia, bo nazywającej Sowiety Rosją.

<Żaden Polak nie może być Niemcem, żaden Polak nie może być Rosjaninem, albowiem te pojęcia wyłączają się wzajemnie. Polak, który staje się Niemcem czy Rosjaninem, przestaje być automatycznie Polakiem. Natomiast… każdy Polak (Anglik, Francuz, Rosjanin i t.d.) może być bolszewikiem.

Oto w czym tkwi istota niebezpieczeństwa sowieckiego, a nie w tym, że „Rosjanie” gwałcą kobiety, kradną zegarki, albo że będą nas rusyfikowali. Oni nie będą nas rusyfikowali, bo by nie dali rady, jak nie dało rady cesarstwo rosyjskie. Oni będą nas bolszewizowali i – dadzą nam radę, jeżeli bronić się nie będziemy skutecznie>.

Dla zainteresowanych:

TOMASZ CHINCIŃSKI, PAWEŁ KOSIŃSKI – KONIEC MITU „BYDGOSKIEJ KRWAWEJ NIEDZIELI”

TOMASZ CHINCIŃSKI, PAWEŁ KOSIŃSKI

KONIEC MITU „BYDGOSKIEJ KRWAWEJ NIEDZIELI”

Od ponad sześćdziesięciu lat historycy polscy i niemieccy całkowicie odmiennie przedstawiają wydarzenia, do jakich doszło 3 września 1939 r. w Bydgoszczy, nazwane w propagandzie III Rzeszy „bydgoską krwawą niedzielą”. Można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z opisem dwóch różnych wydarzeń. Różnice dotyczą zasadniczych faktów, takich jak strzały Niemców „zza węgła” do wycofujących się oddziałów Wojska Polskiego i polskiej ludności cywilnej Bydgoszczy, czyli niemieckiej dywersji, i liczba ofiar wśród bydgoskich Niemców.

Przełomem w niemieckiej historiografii dotyczącej pierwszych dni września 1939 r. w Bydgoszczy jest książka Güntera Schuberta Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy, którą po 14 latach od jej wydania w Niemczech przetłumaczono na język polski. Autor, z wykształcenia historyk, z zawodu dziennikarz, wbrew dotychczasowemu stanowisku niemieckiej historiografii udowodnił, że 3 września 1939 r. w Bydgoszczy doszło do „powstania”1, które przygotowali dywersanci z III Rzeszy. Do dywersantów przybyłych z Niemiec przez Gdańsk mieli dołączyć niektórzy mieszkańcy Bydgoszczy i utworzyć wraz z nimi kilkuosobowe grupy, które rozlokowane w kilku punktach miasta rozpoczęły w tym samym czasie ostrzeliwanie wycofujących się polskich żołnierzy. „Powstańcy” mieli szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce, by nie wpaść w ręce Polaków i doczekać do chwili wkroczenia oddziałów niemieckich. Natychmiast po wybuchu „powstania”, w niedzielę 3 września 1939 r., polscy żołnierze przechodzących przez miasto 9., 15. i 27. Dywizji Piechoty, świeżo sformowanego w Bydgoszczy 82. Batalionu Wartowniczego oraz cywilni ochotnicy przystąpili do tłumienia dywersji. Strzelanina ogarnęła ulice Bydgoszczy w wąskim pasie wzdłuż linii z północy na południe, a w jej czasie zdarzało się, że polscy żołnierze omyłkowo celowali do swoich. W poszukiwaniu dywersantów aresztowano osoby narodowości niemieckiej, na których ciążył choćby cień podejrzenia, a gdy znaleziono przy nich broń, rozstrzeliwano je na miejscu. Dochodziło także do mordowania niewinnych Niemców. Większość aresztowanych nie brała udziału w strzelaninie. Około godziny 16.00 strzały ucichły, sytuacja wyglądała na opanowaną, wojska polskie mogły dalej swobodnie wycofywać się przez Bydgoszcz. W trakcie walk poległo od 30 do 45 żołnierzy polskich i od 90 do 110 osób narodowości niemieckiej. Następnego dnia, w poniedziałek 4 września 1939 r., strzały „zza węgła” rozległy się ponownie, jednak walki toczyły się wzdłuż linii z zachodu na wschód. W Bydgoszczy tego dnia nie było już polskich władz, które ewakuowały się poprzedniej nocy. Przez miasto ciągnęli ostatni żołnierze z rozbitych polskich jednostek, to oni wraz z ochotniczą Strażą Obywatelską przystąpili do krwawego tłumienia resztek niemieckiego „powstania”. Niemców podejrzanych o strzelanie do Polaków rozstrzeliwano na miejscu. Chaos opanowali dopiero wkraczający do Bydgoszczy 5 września 1939 r. niemieccy żołnierze 50. Dywizji Piechoty.

Przełom w niemieckich poglądach

Opis dywersji w Bydgoszczy przedstawiony przez Güntera Schuberta stanowi przełom w poglądach niemieckich historyków, gdyż wcześniej zaprzeczali oni doniesieniom, że ludność niemiecka strzelała do polskich wojsk. Dochodzenie w sprawie wydarzeń z 3 i 4 września 1939 r. strona niemiecka rozpoczęła jeszcze w czasie kampanii wojennej w Polsce. Zajęła się nim głównie specjalnie powołana Placówka Badawcza Wehrmachtu ds. Naruszania Prawa Międzynarodowego (WUSt). Minister propagandy III Rzeszy Joseph Goebbels zadbał o to, aby „bydgoska krwawa niedziela” została przedstawiona w sposób poruszający, stanowiła przeciwwagę dla okrucieństw popełnionych przez Niemców we wrześniu 1939 r. w Polsce. Już w listopadzie 1939 r. ukazał się pierwszy zbiór dokumentów dotyczący mordów popełnianych na członkach mniejszości niemieckiej w Polsce, w którym mówiono o 5437 zamordowanych Niemcach. Kilka miesięcy później w kolejnym wydaniu owego zbioru liczba ta uległa „cudownemu rozmnożeniu” do 58 tys. osób. Pierwsze publicystyczne opisy „bydgoskiej krwawej niedzieli”, powstałe m.in. na podstawie wyników prac specjalnej komisji Policji Kryminalnej Rzeszy kierowanej przez dr. Bernda Wehnera, przypisywały wojsku polskiemu mordy popełnione na niemieckich cywilach. Było to trochę inne stanowisko od tego, jakie przyjęła nazistowska propaganda lansująca wersję o mordach ze strony „polskich band”. Historiografia niemiecka po roku 1945 poświęcała „bydgoskiej krwawej niedzieli” niewiele miejsca. Przeważnie zajmowali się tym zagadnieniem historycy związani z ziomkostwami wysiedlonych z Pomorza Niemców, którzy pisali o masakrze ludności niemieckiej, zaprzeczając zarazem jakiejkolwiek prowokacji z jej strony.

Takiemu sposobowi przedstawienia wydarzeń z 3 i 4 września 1939 r. sprzeciwiała się strona polska. Oficjalne badania nad „bydgoską krwawą niedzielą” datują się od 1945 r., kiedy wiceprokurator ówczesnej Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce Kazimierz Garszyński rozpoczął przesłuchania świadków. Garszyński potwierdził, że Niemcy 3 września strzelali do wycofujących się polskich żołnierzy z 46 miejsc w Bydgoszczy. Strzały oddawane z wież kościołów i dachów domów sprawiły, że Polacy przystąpili do dławienia dywersji. Liczbę ofiar po stronie ludności niemieckiej ustalono na około trzystu osób. Dalsze śledztwo prowadzili prokuratorzy Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy, a Instytut Zachodni w Poznaniu na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych podjął własną akcję zbierania relacji i wspomnień. Przede wszystkim na podstawie tych materiałów powstało opracowanie Włodzimierza Jastrzębskiego Dywersja czy masakra i jego nieznacznie zmieniona niemieckojęzyczna wersja Der Bromberger Blutsonntag (1988). Legende und Wirklichkeit (1990), które można określić jako dotychczas najbardziej reprezentatywne dla polskiej opcji przedstawienie wydarzeń bydgoskich.

Wątpliwości i błędy w dotychczasowych hipotezach

Günter Schubert w swojej książce krytycznie analizuje dotychczasową historiografię polską i niemiecką, wskazując na liczne wątpliwości i błędy w opisach „bydgoskiej krwawej niedzieli”. Powołując się na wiele dokumentów, stawia dalsze znaki zapytania lub kategorycznie odrzuca dotychczasowe hipotezy. Sięga zarówno do relacji niemieckich, jak i polskich. Jednak zdaniem Schuberta nie pozwalają one na ustalenie pełnej prawdy. W zeznaniach niemieckich „powstanie” celowo pominięto, za to nadmiernie eksponowano nienawiść Polaków i niemieckie ofiary, w polskich relacjach zaś podkreślano dywersję bydgoskich Niemców, bez podania informacji o mordach niewinnej ludności cywilnej narodowości niemieckiej. Wartość dokumentarną składanych relacji osłabił też moment ich zbierania. Wiele z nich powstało kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach bydgoskich. Na zeznaniach złożonych przez Niemców jeszcze w 1939 r. ciążą zarówno hasła propagandy nazistowskiej, jak i strach przed terrorem aparatu represji III Rzeszy. Zeznania polskich świadków z 1945 r. zbierano po tragicznych doświadczeniach niemieckiego zmasowanego odwetu z jesieni 1939 r. Poza tym Schubert zwraca uwagę, że: „Świadkowie mieli więc prawie we wszystkich wypadkach okazję do przeczytania i zgłębienia licznych i obszernych opisów wydarzeń, które mieli odtworzyć z własnej pamięci”.

Swoje poglądy na wydarzenia z 3 i 4 września w Bydgoszczy Günter Schubert przedstawił na podstawie dokumentów 15. Dywizji Piechoty Armii „Pomorze”, z których wojenną zawieruchę przetrwało niewiele meldunków, przechowywanych dzisiaj w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Autor przyznaje, że meldunki dowódców jednostek do sztabu dywizji pisano „w momencie, w którym hasło »bydgoska krwawa niedziela« nie istniało jeszcze, i dlatego na pewno nie były obciążone jakimikolwiek polemicznymi zamiarami. Z tego powodu są prawdopodobnie najbardziej wiarygodne ze wszystkich wspomnianych już wypowiedzi, przesłanek i dokumentów”. Żołnierze 15. Dywizji Piechoty wysyłali „na gorąco” meldunki o prowadzonych walkach z dywersantami. Poszlaki świadczące o strzałach niemieckich dywersantów do wojska polskiego znalazł Schubert także w zeznaniach złożonych przez polskich oficerów przed niemieckim sądem specjalnym w Bydgoszczy w 1939 r.

Nie udało się Günterowi Schubertowi, jak również nikomu dotąd, odnaleźć dokumentów z planami bydgoskiej dywersji lub raportami z jej przeprowadzenia, jednak jego zdaniem nie oznacza to, że takich dokumentów nie było. Analizując poszlaki, połączył on niektóre fakty w logiczną i przekonującą całość. Według niego „powstanie” wywołali ludzie należący do SD (nazistowskiej Służby Bezpieczeństwa), skierowani do Bydgoszczy z Berlina. Zginęli oni w większości podczas walk ulicznych 3 i 4 września, a „ci, którzy przeżyli, nie nadawali się do odegrania roli zwycięskich gospodarzy witających wchodzące oddziały w niemieckich mundurach”. Zdaniem Schuberta „akcja »bydgoska krwawa niedziela« nie powiodła się w najstraszniejszy z możliwych sposobów. Była ona pomyślana i przeprowadzona jako samodzielny czyn SD. Wprawdzie wojsko było pomocne, podobnie jak na Śląsku, w sprawach logistycznych, ale poza tym akcja nie była koordynowana przez żadną instytucję wojskową”. Udało mu się ustalić, że z rozkazu Heinricha Himmlera organizacja Lebensborn, powołana, aby stworzyć warunki do „hodowli nordyckiej nadrasy”, wypłacała zasiłki i udzielała pomocy matkom, których mężowie byli ofiarami „bydgoskiej krwawej niedzieli”. Schubert odkrył także istnienie „tajnego specjalnego komanda” (geheimes Sonderkommando Rottler-Kühl), które działało na początku września 1939 r., a było powołane do szczególnego zadania – zaatakowania wojska polskiego na Pomorzu.

Krytyczne rozważania Schuberta

Próba unicestwienia niemieckiej legendy o wydarzeniach 3 i 4 września 1939 r. podjęta przez Güntera Schuberta podważa niedawne wypowiedzi Włodzimierza Jastrzębskiego (w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” zamieszczonym w dodatku „Duży Format” z 13 sierpnia 2003 r.). Prof. Jastrzębski po kilkudziesięciu latach zajmowania się problematyką okupacji Pomorza diametralnie zmienił swoje dotychczasowe poglądy i obecnie twierdzi, że niemieckiej dywersji w Bydgoszczy nie było, a 3 i 4 września Polakom „puściły nerwy” i w chaosie ewakuacji zaczęli przez pomyłkę strzelać do siebie nawzajem, po czym z bezsilnej zemsty „polskie patrole wyciągają z domów Niemców i na miejscu ich rozstrzeliwują”. Założenie przez prof. Jastrzębskiego, że „polskie relacje […] były pisane pod dyktando dawnej tzw. polskiej racji stanu” oraz przyjęcie, iż „relacje niemieckie” to „szczegółowe opisy masakry”, budzi wątpliwości co do wiarygodności jego tezy. Książka Güntera Schuberta Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy zdaje się natomiast krytyczną analizą relacji zarówno niemieckich, jak i polskich, w której autor przyjmuje, że przy spisywaniu własnych przeżyć zawsze występują emocje, mogące zaciemniać właściwy przebieg wydarzeń. Schubert dokonuje konfrontacji punktów widzenia Niemców i Polaków, uzupełniając ją spójną analizą zachowanych dokumentów źródłowych. W końcu dochodzi do wniosku, że w Bydgoszczy 3 i 4 września 1939 r. Niemcy wywołali „powstanie” i nie ma wątpliwości, że ten fakt w zeznaniach spisanych przez nazistowskie instytucje celowo pomijano.

Praca Güntera Schuberta zbliża nas do prawdy, pozostawia jednak jeszcze wiele problemów do wyjaśnienia. Historycy nadal muszą prowadzić kwerendy w licznych archiwach w Niemczech i Rosji. Oby te żmudne poszukiwania zostały uwieńczone odkryciem kolejnych dokumentów, które umożliwią bardziej jednoznaczną interpretację wydarzeń z początku II wojny światowej. Günter Schubert, Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy, Miejski Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2003, Das Unternehmen „Bromberger Blutsonntag”. Tod einer Legende, red. Marian Wojciechowski, Köln 1989.

1/ Określenie „powstanie” w języku niemieckim jest terminem neutralnym, dalekim od emocjonalnego zabarwienia.

BIULETYN IPN, NR 12-1 (35-36), 2003-2004