Rick Bragg – „Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu”

jerry_lee_lewis.jpg

Mam znajomego po pięćdziesiątce, który w życiu przepracował tylko dwa dni; woli poświęcać się swoim pasjom. To prawie jak Jerry Lee Lewis, z tą różnicą, że Lewis dzięki temu kojarzony jest przez połowę planety i zarobił na tym miliony.

Truizmem będzie przekonywanie, że są życiorysy same układające się w scenariusze na film, w których tragizm łączy się z komizmem, a ilość niecodziennych zdarzeń przekracza wszelkie normy. Scenarzyści z Hollywood, słynący z poprawiania życia, przy tej biografii nie mieliby czym się wykazać…

dalej: http://booklips.pl/recenzje/zycie-jako-scenariusz-filmowy

Reklamy

O Józefie Mackiewiczu

mackiewicz

„Niemcy robili z nas bohaterów, a sowieci gówno” Józef Mackiewicz

I Wśród wielu dyskusji toczonych wokół Józefa Mackiewicza, ciekawa wydaje się ta dotycząca wydawania jego książek. Prawa posiada wydawnictwo Kontra, którego założycielami byli Nina Karsov-Szechter i Szymon Szechter – wujek Adama Michnika. Znany jest stosunek Michnika do ludzi pokroju Mackiewicza – to jaskiniowi antykomuniści. Dochodzą do tego, jakieś dziwne sytuacje związane z prawami autorskimi po Józefie. Konkludując, jest gros osób w Polsce (np. Jacek Trznadel, Włodzimierz Odojewski, czy Grzegorz Eberhardt), które twierdzą, że wszystko to składa się na niechęć tegoż wydawnictwa do wydawania książek Mackiewicza (z powodów ideologicznych?). Natomiast np. Włodzimierz Bolecki, autor monografii pisarza „Ptasznik z Wilna”, twierdzi coś wręcz odwrotnego, że to właśnie dzięki staraniom Niny Karsov jest możliwość czytania Mackiewicza w pięknych wydaniach, a w swojej książce wylicza akcje promocyjne dotyczące pisarza.

Tutaj np. oświadczenie Kapituły Nagrody im. Józefa Mackiewicza z 2006 roku:

„Sposób dysponowania przez Ninę Karsov-Szechter prawami autorskimi do spuścizny Józefa Mackiewicza, ograniczenia w wydawaniu jego dzieł (w tym blokada tłumaczeń na języki obce), nieuzasadnione i absurdalne opatrywanie egzemplarzy jego utworów narzucaną interpretacją postawy pisarza (że mianowicie Józef Mackiewicz nie chciałby wydawać swych utworów w Polsce) – wszystko to narusza zasadniczo dobra osobiste Józefa Mackiewicza. Kapituła wyraża swój stanowczy i uzasadniony sprzeciw wobec tej sytuacji. W trosce o dobro kultury i literatury polskiej zwracamy na te fakty uwagę czytelników, ale także czynników odpowiedzialnych za polską kulturę, a w szczególności Ministra Kultury”.

Nie znam się, nie orientuję, ale faktem jest, że książki Mackiewicz są zadziwiająco drogie i niedostępne. Przez mniej więcej ostatni rok, w Empiku, knigi objęte były promocją i kosztowały ok. 50/60-zł. Jakiś czas temu promocja się skończyła i wyglądało to tak, że np. „Sprawa pułkownika Miasojedowa” kosztowała 86,99-zł., a „Lewa wolna” 89,99-zł. Promocja znów się pojawiła, ale książki są już droższe niż przy okazji poprzedniej.

II Mackiewicz miał wszelkie podstawy do tego, by zostać alkoholikiem; oskarżenie o kolaborację z Niemcami podczas okupacji, wyrok śmierci wydany przez AK, oglądanie grobów katyńskich, tułaczka po świeci, życie w biedzie. Wyklęty przez wszystkie koterie, stronnictwa i systemy. W PRL zakazany, bo zapiekły antykomunista. Na emigracji znienawidzony, bo pisał np. że ułani nie byli piękni i kolorowi. Tak to wyglądało po wydaniu powieści „Lewa wolna” o wojnie polsko-bolszewickiej:

Z broszury Stowarzyszenia Kombatantów Polskich pt. „W obronie prawdy historycznej” w celu potępienia Mackiewicza] Gen. Tadeusz Pełczyński: „Obraz lat 1919-20 zarysowany przez Mackiewicza … musimy całkowicie odrzucić jako nieprawdziwy, tendencyjnie wypaczony i uwłaczający nam […] Kawalerzyści polscy występujący w tej powieści, a reprezentujący żołnierza polskiego w ogóle, to ludzie bez żadnej busoli ideowej. […] Kobiety biorące udział w walce – to według Mackiewicza nierządnice i lesbijki rozwydrzone seksualnie. Przedstawia on je wszystkie w sposób poniżający Polki w ogóle”.

W 1981 roku przyznano mu nagrodę Kultury Paryskiej. Herling-Grudziński wygłosił laudację, po której Mackiewicz odmówił przyjęcia nagrody. (Rozpoczyna się tak: „Powieściopisarz, nowelista, publicysta. Odsuńmy na bok publicystykę, którą eufemistycznie określić można jako popis niepoczytalności przystrajającej się w piórka „czystego i niezłomnego antykomunizmu”, ale Mackiewicz wybitny powieściopisarz i nowelista ma na emigracji pozycję dość osobliwą”.).

III W październiku 1944 roku definiował najważniejszych wrogów Polski: 1. Polak bolszewik 2. Bolszewik w ogóle 3. Niemiec.

IV „Ptasznik z Wilna” niejednokrotnie zestawia carską Rosję z bolszewicką, i przywołuje np. historie, że za cara, za krytykę Mikołaja II, dostawało się 2 tygodnie twierdzy, natomiast za komuny nie sposób kogokolwiek krytykować i pozostać przy życiu. Porównuje reżim sowiecki z nazistowskim, i zauważa, że gdy Niemcy mimo wszystko organizują różnego rodzaju prowokacje – np. niemieccy żołnierze w polskich mundurach – sowieci nie tracą na takie rzeczy czasu i po prostu mówią o wydarzeniach i nie ma znaczenia, czy miały one miejsce czy nie.

Józef i Stanisław Mackiewiczowie, choć obaj hołdowali myśleniu realistycznemu w polityce, inaczej interpretowali niebezpieczeństwo ze Wschodu. Stanisław kontynuował punkt widzenia Studnickiego, gdzie Sowiety były kolejną odmianą państwa rosyjskiego, niezmiennie nam zagrażającego. Józef natomiast był spadkobiercą myśli Zdziechowskiego i nowoczesnego rozpatrywania komunistycznego zagrożenia, wielokrotnie akcentując w powieściach, że Sowiety TO NIE Rosja.

Poniżej tekst Józefa Mackiewicza z 1947 roku o propagandzie (również polskiej) utrudniającej odpowiednie rozeznanie sowieckiego zagrożenia, bo nazywającej Sowiety Rosją.

<Żaden Polak nie może być Niemcem, żaden Polak nie może być Rosjaninem, albowiem te pojęcia wyłączają się wzajemnie. Polak, który staje się Niemcem czy Rosjaninem, przestaje być automatycznie Polakiem. Natomiast… każdy Polak (Anglik, Francuz, Rosjanin i t.d.) może być bolszewikiem.

Oto w czym tkwi istota niebezpieczeństwa sowieckiego, a nie w tym, że „Rosjanie” gwałcą kobiety, kradną zegarki, albo że będą nas rusyfikowali. Oni nie będą nas rusyfikowali, bo by nie dali rady, jak nie dało rady cesarstwo rosyjskie. Oni będą nas bolszewizowali i – dadzą nam radę, jeżeli bronić się nie będziemy skutecznie>.

Dla zainteresowanych:

TOMASZ CHINCIŃSKI, PAWEŁ KOSIŃSKI – KONIEC MITU „BYDGOSKIEJ KRWAWEJ NIEDZIELI”

TOMASZ CHINCIŃSKI, PAWEŁ KOSIŃSKI

KONIEC MITU „BYDGOSKIEJ KRWAWEJ NIEDZIELI”

Od ponad sześćdziesięciu lat historycy polscy i niemieccy całkowicie odmiennie przedstawiają wydarzenia, do jakich doszło 3 września 1939 r. w Bydgoszczy, nazwane w propagandzie III Rzeszy „bydgoską krwawą niedzielą”. Można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z opisem dwóch różnych wydarzeń. Różnice dotyczą zasadniczych faktów, takich jak strzały Niemców „zza węgła” do wycofujących się oddziałów Wojska Polskiego i polskiej ludności cywilnej Bydgoszczy, czyli niemieckiej dywersji, i liczba ofiar wśród bydgoskich Niemców.

Przełomem w niemieckiej historiografii dotyczącej pierwszych dni września 1939 r. w Bydgoszczy jest książka Güntera Schuberta Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy, którą po 14 latach od jej wydania w Niemczech przetłumaczono na język polski. Autor, z wykształcenia historyk, z zawodu dziennikarz, wbrew dotychczasowemu stanowisku niemieckiej historiografii udowodnił, że 3 września 1939 r. w Bydgoszczy doszło do „powstania”1, które przygotowali dywersanci z III Rzeszy. Do dywersantów przybyłych z Niemiec przez Gdańsk mieli dołączyć niektórzy mieszkańcy Bydgoszczy i utworzyć wraz z nimi kilkuosobowe grupy, które rozlokowane w kilku punktach miasta rozpoczęły w tym samym czasie ostrzeliwanie wycofujących się polskich żołnierzy. „Powstańcy” mieli szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce, by nie wpaść w ręce Polaków i doczekać do chwili wkroczenia oddziałów niemieckich. Natychmiast po wybuchu „powstania”, w niedzielę 3 września 1939 r., polscy żołnierze przechodzących przez miasto 9., 15. i 27. Dywizji Piechoty, świeżo sformowanego w Bydgoszczy 82. Batalionu Wartowniczego oraz cywilni ochotnicy przystąpili do tłumienia dywersji. Strzelanina ogarnęła ulice Bydgoszczy w wąskim pasie wzdłuż linii z północy na południe, a w jej czasie zdarzało się, że polscy żołnierze omyłkowo celowali do swoich. W poszukiwaniu dywersantów aresztowano osoby narodowości niemieckiej, na których ciążył choćby cień podejrzenia, a gdy znaleziono przy nich broń, rozstrzeliwano je na miejscu. Dochodziło także do mordowania niewinnych Niemców. Większość aresztowanych nie brała udziału w strzelaninie. Około godziny 16.00 strzały ucichły, sytuacja wyglądała na opanowaną, wojska polskie mogły dalej swobodnie wycofywać się przez Bydgoszcz. W trakcie walk poległo od 30 do 45 żołnierzy polskich i od 90 do 110 osób narodowości niemieckiej. Następnego dnia, w poniedziałek 4 września 1939 r., strzały „zza węgła” rozległy się ponownie, jednak walki toczyły się wzdłuż linii z zachodu na wschód. W Bydgoszczy tego dnia nie było już polskich władz, które ewakuowały się poprzedniej nocy. Przez miasto ciągnęli ostatni żołnierze z rozbitych polskich jednostek, to oni wraz z ochotniczą Strażą Obywatelską przystąpili do krwawego tłumienia resztek niemieckiego „powstania”. Niemców podejrzanych o strzelanie do Polaków rozstrzeliwano na miejscu. Chaos opanowali dopiero wkraczający do Bydgoszczy 5 września 1939 r. niemieccy żołnierze 50. Dywizji Piechoty.

Przełom w niemieckich poglądach

Opis dywersji w Bydgoszczy przedstawiony przez Güntera Schuberta stanowi przełom w poglądach niemieckich historyków, gdyż wcześniej zaprzeczali oni doniesieniom, że ludność niemiecka strzelała do polskich wojsk. Dochodzenie w sprawie wydarzeń z 3 i 4 września 1939 r. strona niemiecka rozpoczęła jeszcze w czasie kampanii wojennej w Polsce. Zajęła się nim głównie specjalnie powołana Placówka Badawcza Wehrmachtu ds. Naruszania Prawa Międzynarodowego (WUSt). Minister propagandy III Rzeszy Joseph Goebbels zadbał o to, aby „bydgoska krwawa niedziela” została przedstawiona w sposób poruszający, stanowiła przeciwwagę dla okrucieństw popełnionych przez Niemców we wrześniu 1939 r. w Polsce. Już w listopadzie 1939 r. ukazał się pierwszy zbiór dokumentów dotyczący mordów popełnianych na członkach mniejszości niemieckiej w Polsce, w którym mówiono o 5437 zamordowanych Niemcach. Kilka miesięcy później w kolejnym wydaniu owego zbioru liczba ta uległa „cudownemu rozmnożeniu” do 58 tys. osób. Pierwsze publicystyczne opisy „bydgoskiej krwawej niedzieli”, powstałe m.in. na podstawie wyników prac specjalnej komisji Policji Kryminalnej Rzeszy kierowanej przez dr. Bernda Wehnera, przypisywały wojsku polskiemu mordy popełnione na niemieckich cywilach. Było to trochę inne stanowisko od tego, jakie przyjęła nazistowska propaganda lansująca wersję o mordach ze strony „polskich band”. Historiografia niemiecka po roku 1945 poświęcała „bydgoskiej krwawej niedzieli” niewiele miejsca. Przeważnie zajmowali się tym zagadnieniem historycy związani z ziomkostwami wysiedlonych z Pomorza Niemców, którzy pisali o masakrze ludności niemieckiej, zaprzeczając zarazem jakiejkolwiek prowokacji z jej strony.

Takiemu sposobowi przedstawienia wydarzeń z 3 i 4 września 1939 r. sprzeciwiała się strona polska. Oficjalne badania nad „bydgoską krwawą niedzielą” datują się od 1945 r., kiedy wiceprokurator ówczesnej Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce Kazimierz Garszyński rozpoczął przesłuchania świadków. Garszyński potwierdził, że Niemcy 3 września strzelali do wycofujących się polskich żołnierzy z 46 miejsc w Bydgoszczy. Strzały oddawane z wież kościołów i dachów domów sprawiły, że Polacy przystąpili do dławienia dywersji. Liczbę ofiar po stronie ludności niemieckiej ustalono na około trzystu osób. Dalsze śledztwo prowadzili prokuratorzy Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy, a Instytut Zachodni w Poznaniu na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych podjął własną akcję zbierania relacji i wspomnień. Przede wszystkim na podstawie tych materiałów powstało opracowanie Włodzimierza Jastrzębskiego Dywersja czy masakra i jego nieznacznie zmieniona niemieckojęzyczna wersja Der Bromberger Blutsonntag (1988). Legende und Wirklichkeit (1990), które można określić jako dotychczas najbardziej reprezentatywne dla polskiej opcji przedstawienie wydarzeń bydgoskich.

Wątpliwości i błędy w dotychczasowych hipotezach

Günter Schubert w swojej książce krytycznie analizuje dotychczasową historiografię polską i niemiecką, wskazując na liczne wątpliwości i błędy w opisach „bydgoskiej krwawej niedzieli”. Powołując się na wiele dokumentów, stawia dalsze znaki zapytania lub kategorycznie odrzuca dotychczasowe hipotezy. Sięga zarówno do relacji niemieckich, jak i polskich. Jednak zdaniem Schuberta nie pozwalają one na ustalenie pełnej prawdy. W zeznaniach niemieckich „powstanie” celowo pominięto, za to nadmiernie eksponowano nienawiść Polaków i niemieckie ofiary, w polskich relacjach zaś podkreślano dywersję bydgoskich Niemców, bez podania informacji o mordach niewinnej ludności cywilnej narodowości niemieckiej. Wartość dokumentarną składanych relacji osłabił też moment ich zbierania. Wiele z nich powstało kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach bydgoskich. Na zeznaniach złożonych przez Niemców jeszcze w 1939 r. ciążą zarówno hasła propagandy nazistowskiej, jak i strach przed terrorem aparatu represji III Rzeszy. Zeznania polskich świadków z 1945 r. zbierano po tragicznych doświadczeniach niemieckiego zmasowanego odwetu z jesieni 1939 r. Poza tym Schubert zwraca uwagę, że: „Świadkowie mieli więc prawie we wszystkich wypadkach okazję do przeczytania i zgłębienia licznych i obszernych opisów wydarzeń, które mieli odtworzyć z własnej pamięci”.

Swoje poglądy na wydarzenia z 3 i 4 września w Bydgoszczy Günter Schubert przedstawił na podstawie dokumentów 15. Dywizji Piechoty Armii „Pomorze”, z których wojenną zawieruchę przetrwało niewiele meldunków, przechowywanych dzisiaj w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Autor przyznaje, że meldunki dowódców jednostek do sztabu dywizji pisano „w momencie, w którym hasło »bydgoska krwawa niedziela« nie istniało jeszcze, i dlatego na pewno nie były obciążone jakimikolwiek polemicznymi zamiarami. Z tego powodu są prawdopodobnie najbardziej wiarygodne ze wszystkich wspomnianych już wypowiedzi, przesłanek i dokumentów”. Żołnierze 15. Dywizji Piechoty wysyłali „na gorąco” meldunki o prowadzonych walkach z dywersantami. Poszlaki świadczące o strzałach niemieckich dywersantów do wojska polskiego znalazł Schubert także w zeznaniach złożonych przez polskich oficerów przed niemieckim sądem specjalnym w Bydgoszczy w 1939 r.

Nie udało się Günterowi Schubertowi, jak również nikomu dotąd, odnaleźć dokumentów z planami bydgoskiej dywersji lub raportami z jej przeprowadzenia, jednak jego zdaniem nie oznacza to, że takich dokumentów nie było. Analizując poszlaki, połączył on niektóre fakty w logiczną i przekonującą całość. Według niego „powstanie” wywołali ludzie należący do SD (nazistowskiej Służby Bezpieczeństwa), skierowani do Bydgoszczy z Berlina. Zginęli oni w większości podczas walk ulicznych 3 i 4 września, a „ci, którzy przeżyli, nie nadawali się do odegrania roli zwycięskich gospodarzy witających wchodzące oddziały w niemieckich mundurach”. Zdaniem Schuberta „akcja »bydgoska krwawa niedziela« nie powiodła się w najstraszniejszy z możliwych sposobów. Była ona pomyślana i przeprowadzona jako samodzielny czyn SD. Wprawdzie wojsko było pomocne, podobnie jak na Śląsku, w sprawach logistycznych, ale poza tym akcja nie była koordynowana przez żadną instytucję wojskową”. Udało mu się ustalić, że z rozkazu Heinricha Himmlera organizacja Lebensborn, powołana, aby stworzyć warunki do „hodowli nordyckiej nadrasy”, wypłacała zasiłki i udzielała pomocy matkom, których mężowie byli ofiarami „bydgoskiej krwawej niedzieli”. Schubert odkrył także istnienie „tajnego specjalnego komanda” (geheimes Sonderkommando Rottler-Kühl), które działało na początku września 1939 r., a było powołane do szczególnego zadania – zaatakowania wojska polskiego na Pomorzu.

Krytyczne rozważania Schuberta

Próba unicestwienia niemieckiej legendy o wydarzeniach 3 i 4 września 1939 r. podjęta przez Güntera Schuberta podważa niedawne wypowiedzi Włodzimierza Jastrzębskiego (w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” zamieszczonym w dodatku „Duży Format” z 13 sierpnia 2003 r.). Prof. Jastrzębski po kilkudziesięciu latach zajmowania się problematyką okupacji Pomorza diametralnie zmienił swoje dotychczasowe poglądy i obecnie twierdzi, że niemieckiej dywersji w Bydgoszczy nie było, a 3 i 4 września Polakom „puściły nerwy” i w chaosie ewakuacji zaczęli przez pomyłkę strzelać do siebie nawzajem, po czym z bezsilnej zemsty „polskie patrole wyciągają z domów Niemców i na miejscu ich rozstrzeliwują”. Założenie przez prof. Jastrzębskiego, że „polskie relacje […] były pisane pod dyktando dawnej tzw. polskiej racji stanu” oraz przyjęcie, iż „relacje niemieckie” to „szczegółowe opisy masakry”, budzi wątpliwości co do wiarygodności jego tezy. Książka Güntera Schuberta Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy zdaje się natomiast krytyczną analizą relacji zarówno niemieckich, jak i polskich, w której autor przyjmuje, że przy spisywaniu własnych przeżyć zawsze występują emocje, mogące zaciemniać właściwy przebieg wydarzeń. Schubert dokonuje konfrontacji punktów widzenia Niemców i Polaków, uzupełniając ją spójną analizą zachowanych dokumentów źródłowych. W końcu dochodzi do wniosku, że w Bydgoszczy 3 i 4 września 1939 r. Niemcy wywołali „powstanie” i nie ma wątpliwości, że ten fakt w zeznaniach spisanych przez nazistowskie instytucje celowo pomijano.

Praca Güntera Schuberta zbliża nas do prawdy, pozostawia jednak jeszcze wiele problemów do wyjaśnienia. Historycy nadal muszą prowadzić kwerendy w licznych archiwach w Niemczech i Rosji. Oby te żmudne poszukiwania zostały uwieńczone odkryciem kolejnych dokumentów, które umożliwią bardziej jednoznaczną interpretację wydarzeń z początku II wojny światowej. Günter Schubert, Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy, Miejski Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2003, Das Unternehmen „Bromberger Blutsonntag”. Tod einer Legende, red. Marian Wojciechowski, Köln 1989.

1/ Określenie „powstanie” w języku niemieckim jest terminem neutralnym, dalekim od emocjonalnego zabarwienia.

BIULETYN IPN, NR 12-1 (35-36), 2003-2004

 

Igor Hałagida – Między dezinformacją a rzeczywistością. Prowokacyjne działania służb komunistycznych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych (zarys zagadnienia)

Igor Hałagida – Między dezinformacją a rzeczywistością. Prowokacyjne działania służb komunistycznych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych (zarys zagadnienia)

Prageneza

Prowokacja stosowana była przez wszystkie tajne służby na długo przed rewolucją bolszewicką. Skutecznie była wykorzystywana także przez Ochranę w carskiej Rosji. Jak się wydaje, do tych właśnie wzorców nawiązywały powstała w 1917 r. sowiecka CzeKa i jej późniejsze mutacje: GPU, OGPU, NKWD, NKGB, MGB czy w końcu KGB. Schemat podejmowanych przez nie działań był prosty, ale też niezwykle skuteczny. Polegał on na tworzeniu fikcyjnych, sterowanych przez agentów (albo wprost przez funkcjonariuszy) struktur, do których starano się „wciągać” prawdziwych lub wyimaginowanych przeciwników władzy sowieckiej, czy też tylko osoby sprzyjające takim działaniom. Za pierwszą, wręcz modelową tego rodzaju operację służb sowieckich uważa się powszechnie tzw. spisek Lockharta z 1918 r., nawiązujący do nazwiska brytyjskiego dyplomaty w Moskwie, który wspólnie z kilkoma innymi dyplomatami i agentami dążył do wywołania antybolszewickiego powstania w Rosji. Osoby, z którymi się kontaktowali inicjatorzy spisku, w rzeczywistości okazały się agentami CzeKa, samo nagłośnienie wykrycia „spisku” posłużyło zaś szefowi sowieckiej służby Feliksowi Dzierżyńskiemu do oskarżenia zachodnich dyplomatów o zorganizowanie zamachu na Lenina, postrzelonego 30 sierpnia 1918 r. przez Fanny (Dorę) Kapłan. Ten drobny skądinąd epizod w wojnie wywiadów stał się w rzeczywistości preludium sukcesów, jakie w działaniach prowokacyjnych miały osiągnąć w następnej dekadzie i w późniejszym okresie. „Zademonstrowane w »konspiracji Lockharta« mistrzostwo CzeKa w stosowaniu agentów głębokiej penetracji i prowokatorów oraz zdobyte doświadczenie umożliwiły jednak sowieckim siłom specjalnym bardziej liczące się zwycięstwa w kolejnych starciach wywiadowczych z Secret Intelligence Service w latach dwudziestych” – stwierdzali po latach autorzy monografii sowieckich służb 1.

Przeciw „białym”, Gruzinom, Polakom, Ukraińcom

W dwudziestoleciu międzywojennym znaczna część prowokacji organizowanych przez służby ZSRS wymierzona była, jak się wydaje, przeciwko – bardzo szeroko rozumianym – wrogom władzy sowieckiej, którzy po zwycięstwie bolszewickim znaleźli się na emigracji. Dotyczyło to zarówno „białych” Rosjan, dążących do odtworzenia Rosji przedrewolucyjnej, różnej proweniencji przeciwników rządów sowieckich, jak i przedstawicieli innych narodów, które po rozpadzie imperium Romanowów próbowały – bez powodzenia – utworzyć na trwałe własne państwa. Dlatego właśnie w CzeKa, a później GPU, OGPU i NKWD zaczęto rozbudowywać komórki zajmujące się działalnością poza granicami ZSRS. Jednocześnie też – jak zauważył później znawca problematyki, ukraiński emigracyjny sowietolog Borys Lewickyj – starano się w umiejętny sposób umieszczać agenturę we „wszystkich zagranicznych organizacjach antykomunistycznych, szczególnie zaś w tych, które działały na terenie Francji i Polski” 2.

Najgłośniejszymi – w przypadku Polski – efektami tych działań były skutki operacji „Triest”, „Sindikat 1” i „Sindikat 2” wymierzonych w środowiska emigrantów rosyjskich 3, przedsięwzięcia skierowane przeciwko uchodźcom gruzińskim czy też takie sprawy jak opatrzona kryptonimem „Dieło 39” akcja wymierzona przeciwko emigracji petlurowskiej 4 czy penetracja przez sowiecką agenturę struktur Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów zakończona ostatecznie zamachem na jej lidera Eugeniusza Konowalca, dokonanym w Rotterdamie przez funkcjonariusza NKWD Pawła Sudopłatowa 5.

W sumie okres dwudziestolecia międzywojennego określić należy jako pasmo sukcesów w podejmowanych przez Sowietów działaniach prowokacyjnych. „Metoda »czystej prowokacji « stała się [wówczas] najbardziej skutecznym środkiem pracy sowieckich służb bezpieczeństwa – jak pisał przywoływany już tu Lewickyj. – Jej inicjatorem był Stalin i zalecał ją gorąco w okresie walki z opozycją. Odpowiadała ona jego charakterowi. Nic więc dziwnego, że prowokacja zyskała niebawem prawa obywatelskie i znajdowała zastosowanie na coraz to innych odcinkach pracy, szczególnie przy zwalczaniu organizacji emigracyjnych” 6.

Innym polem aktywności ówczesnych służb sowieckich, która mogła przynieść sukcesy w latach następnych, były próby pozyskiwania agentury wśród zdolnych absolwentów zachodnich uczelni. Ich kariery – jak liczono – i stanowiska, jakie osoby te mogły w przyszłości

objąć, miały dać sowieckim organom nie tylko dotarcie do wielu wartościowych informacji, ale także możliwość wpływania na konkretne przedsięwzięcia. Najbardziej znanym przykładem takiej agentury była słynna „piątka z Cambridge” z Kimem Philbym na czele 7.

W czasie wojny

Służby sowieckie rzecz jasna jeszcze przed 1939 r. rozbudowywały aktywnie swą siatkę wywiadowczą w III Rzeszy (przypomnieć można chociażby casus słynnej później „Die Rote Kapelle” 8). Jednak po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r. zaczęto także prowadzić z powodzeniem aktywne działania prowokacyjne przeciwko Abwehrze, SD, SS itd. Detale większości z nich są do dziś nieznane, lecz wydaje się, że szczególnie duże sukcesy osiągnięto w dziedzinie dezinformacji i „gier” radiowych prowadzonych przy pomocy ujętych i przewerbowanych agentów niemieckich. Jeżeli wierzyć wewnątrzresortowej, kagiebowskiej publikacji, to tylko w latach 1943–1944 w ramach operacji „Podriwniki”, prowadzonej na obszarze zaledwie jednej obłasti, zwabiono na stronę sowiecką i aresztowano 22 agentów niemieckich, a w czasie trwania działań wojennych na terytorium ZSRS doprowadzono tą drogą do ujawnienia i aresztowania ponad 400 agentów i współpracowników służb wywiadowczych III Rzeszy 9. Oprócz tego w latach 1939–1945 Sowieci starali się penetrować wywiadowczo struktury antyniemieckiego i antysowieckiego podziemia na terenach zajętych przez III Rzeszę i ZSRS.

Klęska wojsk niemieckich pod Stalingradem, a następnie sowieckie zwycięstwo pod Kurskiem zainicjowały marsz Armii Czerwonej na zachód. Wraz z przesuwaniem się frontu działaniami operacyjnymi służb sowieckich objęto antykomunistyczne środowiska na zajmowanych terytoriach, szczególnie różnego rodzaju ugrupowania partyzanckie, które działały, widząc szansę na wywalczenie niepodległości (Ukraińcy, Białorusini) bądź jej utrzymanie w kształcie status quo ante bellum (Litwini, Łotysze, Estończycy). W ich zwalczaniu niejednokrotnie posługiwano się tzw. grupami pozorowanymi, które podszywały się pod rzeczywiście działające formacje. „Pod koniec wojny w walce ze zbrojnymi bandami organa bezpieczeństwa państwowego zaczęły wykorzystywać legendowane grupy agenturalne i agentów-bojowców – pisali po latach, posługując się klasyczną retoryką, resortowi historycy KGB. – Działając jako członkowie band, agenci-bojowcy nawiązywali kontakt ze zbrojnymi bandami i informowali o nich organa bezpieczeństwa. Gdy wymagała tego sytuacja, z agentów-bojowców tworzono agenturalno-bojowe grupy liczące 2–7 osób, składające się ze śmiałych i zdecydowanych ludzi, sprawdzonych w praktyce i mocno związanych z organami bezpieczeństwa. […] Przy pomocy agentów wywodzących się ze środowisk bandyckich grupy agenturalno-bojowe nawiązywały łączność z działającymi bandami, w razie konieczności dołączały do nich, a później – przy sprzyjających okolicznościach – zatrzymywały bandytów żywych lub (gdy ci stawiali zbrojny opór) likwidowali ich na miejscu” 10. Choć passus powyższy nie zawiera takiej konkluzji, można chyba zaryzykować stwierdzenie, że w praktyce niejednokrotnie stosowano tylko drugie rozwiązanie. Zauważyć też należy, że podobne metody przejęła bezpieka w pierwszych latach powojennej Polski w walce z antykomunistycznym podziemiem 11.

„Duel”, „Zwieno”, „C-1”, „Cezary”

Doświadczenia zdobyte przez służby sowieckie w prowadzeniu działań prowokacyjnych pozwoliły na skuteczne wykorzystywanie tych metod także w okresie powojennym (zarówno w samym ZSRS w jego nowych granicach, jak i w krajach, które znalazły się w sowieckiej strefie wpływów). Realizowane wówczas operacje miały niekiedy skomplikowany, wielopłaszczyznowy charakter. Związane to było z narastającą zimną wojną i pogłębiającym się rozdźwiękiem między niedawnymi sojusznikami (ZSRS z jednej strony, a Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią – z drugiej), gdy dochodziło do wykorzystywania emigracyjnych środowisk z Europy Środkowej i Wschodniej przez zachodnie służby specjalne.

Taktyka stosowana wówczas przez komunistyczne organa nie różniła się wiele od metod wypracowanych w „grach” z dwudziestolecia międzywojennego. Główny schemat nadal polegał na likwidowaniu autentycznych i tworzeniu w ich miejsce fikcyjnych „niepodległościowych” i „antyreżimowych” struktur, które nawiązywały łączność ze środowiskami i różnego rodzaju organizacjami emigracyjnymi (a przy ich pomocy czasem z wywiadami państw zachodnich). W ramach tego rodzaju „gier”, trwających niekiedy długie miesiące (a w wybranych przypadkach nawet lata!), komunistyczne służby dezinformowały Zachód, przesyłając fałszywe, odpowiednio spreparowane informacje, oraz inicjowały przerzucanie za „żelazną kurtynę” kurierów i emisariuszy, którzy przy pomocy struktur amerykańskich, brytyjskich czy zachodnioniemieckich przywozili ze sobą pieniądze, broń, literaturę oraz materiały służące do prowadzenia działalności wywiadowczej. Dzięki temu w późniejszym okresie ujawnianie rzeczywistej prowokacji niejednokrotnie połączone było z publicznymi oskarżeniami o prowadzenie działalności szpiegowskiej.

Do najważniejszych tego rodzaju działań zaliczyć należy sprawy o kryptonimach „Trassa”, „Kometa”, „Zwieno” prowadzone na sowieckiej Ukrainie czy też akcje oznaczone nazwami „Duel”, „Wenta” czy „Lursen-S” realizowane w sowieckich republikach nadbałtyckich 12. Podobny charakter miały też dwie największe operacje prowokacyjne realizowane w latach pięćdziesiątych w Polsce: działania oznaczone kryptonimem „C-1” wymierzone przeciwko pozostałościom ukraińskiego podziemia i emigracyjnym strukturom banderowskiej frakcji OUN 13 oraz sprawa „Cezary” skierowana przeciwko polskiej konspiracji niepodległościowej 14.

Kontrola szlaków kurierskich i dróg łączności między strukturami podziemnymi a Zachodem umożliwiała komunistycznym służbom nie tylko przechwytywanie różnego rodzaju materiałów przerzucanych tą drogą, ale także umieszczanie swej sprawdzonej agentury za granicą, tzn. w strukturach i środowiskach emigracyjnych, a nawet (w wybranych przypadkach) w ośrodkach szkoleniowych służb zachodnich. Sowieckie organa bezpieczeństwa z powodzeniem realizowały tego rodzaju przedsięwzięcia w pierwszych latach powojennych wobec litewskich, estońskich czy ukraińskich organizacji emigracyjnych. W przypadku Polski najbardziej skutecznym – jak się wydaje – przedsięwzięciem tego rodzaju była tzw. sprawa Bergu 15. Dzięki temu niejednokrotnie skutecznie paraliżowano wszelkie próby wspierania przez służby zachodnie ruchów antykomunistycznych za „żelazną kurtyną”, kompromitując je jako narzędzie w obcych rękach. Ważną też chyba rolę odgrywała tu agentura sowiecka, która ostrzegała o próbach działań zbrojnych, jak to miało miejsce w przypadku Albanii, gdzie w związku z napływającymi z tego kraju zachęcającymi informacjami o antykomunistycznych nastrojach w 1950 r. przerzucono kurierów (w ramach operacji „Valauble”) wyszkolonych przez struktury podległe amerykańskiemu Departamentowi Stanu. Ich zadaniem było wywołanie antyreżimowego powstania. Operacja zakończyła się całkowitym niepowodzeniem, prawdopodobnie właśnie w związku z ostrzeżeniami przekazanymi stronie sowieckiej przez jej agenturę w brytyjskich i amerykańskich służbach 16.

* * *

Podsumowując kwestię działań prowokacyjnych podejmowanych przez służby sowieckie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, nie można nie zadać pytania, jakie były przyczyny tak dużej ich skuteczności (taki obraz wyłania się z dotychczasowej literatury przedmiotu, nie znamy natomiast dokładnie skali nieudanych przedsięwzięć). Powodów z pewnością było kilka. Należały do nich zarówno rozbicie i skłócenie środowisk emigracyjnych na Zachodzie, brak dostatecznego rozeznania w metodach działania służb komunistycznych i nieświadomość stopnia nasycenia agenturą organizacji w kraju, a także taktyka wypracowana przez służby zachodnie, które liczyły na „zmiękczenie” przeciwnika liczbą prowadzonych operacji bez względu na jakość zdobywanych tą drogą informacji i ofiary ponoszone w krajach pod sowiecką dominacją.

1/ Ch. Andrew, O. Gordijewski, KGB, Warszawa 1997, s. 63–64.

2/ B. Lewickyj, Terror i rewolucja, Paryż 1965, s. 46. Ch. Andrew, W. Mitrochin, Archiwum Mitrochina: KGB w Europie i na Zachodzie, Warszawa 2001, s. 76–79.

3/ J.J. Bruski, Petlurowcy. Centrum Państwowe Ukraińskiej Republiki Ludowej na wychodźstwie (1919–1924), Kraków 2004, s. 294–318, 512–514; D. Widieniejew, S. Szewczenko, Ukraijnśki Sołowky, Kyjiw 2001, s. 180–183.

4/ P. Sudopłatow, Wspomnienia niewygodnego świadka, Warszawa 1988, s. 47–49.

5/ B. Lewickyj, Terror…, s. 123.

6/ A.C. Brown, H. St. John Philby i Kim Philby: szpiegowska sfera stulecia, Warszawa 1997;

7/ K. Philby, Moja cicha wojna, Warszawa 1994.

8/ V.E. Tarrant, Czerwona orkiestra, Warszawa 1996.

9/ Istorija sowieckich organow gosudarstwiennoj biezopastnosti, Moskwa 1977.

10/ Ibidem, s. 397–398.

11/ M. Korkuć, Oddziały prowokacyjne UB i KBW w Małopolsce, „Zeszyty Historyczne WiN-u” 1996, nr 8, s. 97–108; E. Misiło, Polskie „bandy UPA”, „Karta” 1991, nr 2, s. 122–128; R. Witalec, Sprawozdanie z akcji czoty „Czumaka” prowadzonej w powiecie przemyskim od 28 czerwca do 7 lipca 1947 r., „Aparat represji w Polsce Ludowej 1944–1989” 2004, t. 1, s. 319–334; L. Żebrowski, Działalność tzw. band pozorowanych jako metoda zwalczania podziemia niepodległościowego w latach 1944–1947 [w:] Skryte oblicze systemu komunistycznego. U źródeł zła…, red. R. Becker i in., Warszawa 1997, s. 75–90.

12/ Istorija…, s. 473. Zob. też A. Jurevičiūtė, Walki partyzanckie na Litwie w latach 1944–1953, „Klio” 2003, nr 3, s. 65–134, oraz teksty zgromadzone w pracy zbiorowej The Anti-soviet Resistance in the Balic States, red. A. Anušauskas, Vilnius 2001.

13/ Na jej temat zob. I. Hałagida, Prowokacja „Zenona”. Geneza, przebieg i skutki operacji MBP o kryptonimie „C-1” przeciwko banderowskiej frakcji OUN i wywiadowi brytyjskiemu (1950–1954), Warszawa 2005.

14/ Zob. Operacja „Cezary” – ubecka analiza „gry” z WiN-em, oprac. W. Frazik, „Zeszyty Historyczne WiN-u” 2001, nr 15, s. 183–255; Plany politycznego wykorzystania operacji „Cezary” i „Ośrodek” (1 grudnia 1952), oprac. idem, „Zeszyty Historyczne WiN-u” 2004, nr 22, s. 143–157; idem, Operacja „Cezary” – przegląd wątków krajowych [w:] „Zwyczajny” resort. Studia o aparacie bezpieczeństwa 1944–1956, red. T. Łabuszewski i K. Krajewski, Warszawa 2005, s. 400–436; idem, Operacja „Cezary”– zarys problematyki, „Zeszyty Historyczne WiN-u” 2006, nr 25, s. 59–65; R. Wnuk, Dwie prowokacje – Piąta Komenda Zrzeszenia „WiN” i Berg, „Zeszyty Historyczne” 2002, z. 141, s. 71–112. Tam też dalsza literatura.

15/ A. Siwik, Sprawa Bergu: współpraca emigracyjnej Rady Politycznej z zachodnimi wywiadami, „Studia Historyczne” 2001, z. 2, s. 267–288; R. Wnuk, Dwie prowokacje…

16/ R. Aldrich, The hinden Hand: Britain, America, and Cold War Secret Intelligence, New York 2002, s. 160–164.

BIULETYN IPN, NR 1-2 (84-85), STYCZEŃ-LUTY 2008.

Maciej Korkuć – SIEDEM WYROKÓW ŚMIERCI DLA „ZAPORY”

Maciej Korkuć – SIEDEM WYROKÓW ŚMIERCI DLA „ZAPORY”

W marcu 1949 r. w pawilonach mokotowskiego więzienia UB wykonano wyrok śmierci na jednym z najbardziej zasłużonych oficerów Polski Podziemnej – mjr. Hieronimie Dekutowskim. Sądowe morderstwo faktycznie stanowiło koniec jego więziennej gehenny. Skrajnie wyniszczony torturami, zmaltretowany, z połamanymi kończynami i wybitymi zębami, był już wrakiem człowieka. To była cena, jaką w ubowskim więzieniu zapłacił za wierność Rzeczypospolitej i walkę przeciw zniewoleniu.

Mjr Hieronim Dekutowski – legendarny „Zapora”, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, cichociemny, dowódca partyzancki AK i WiN – wciąż nie jest postacią Polakom powszechnie znaną. Tymczasem jego biografia jest ciekawym przykładem drogi życiowej jednego z najwybitniejszych oficerów i dowódców oddziałów partyzanckich po roku 1939.

Hieronim Dekutowski należał do pokolenia wychowanego w niepodległej Rzeczypospolitej. Urodził się w 1918 r. w Dzikowie koło Tarnobrzega (obecnie już w granicach miasta). Był najmłodszym z dziewięciorga dzieci blacharza Jana Dekutowskiego. Jego ojciec był członkiem niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Wychowywał dzieci w duchu miłości Ojczyzny i poświęcenia dla niej. Jeden z jego starszych synów poległ na wojnie polsko-bolszewickiej. Hieronim Dekutowski w Tarnobrzegu ukończył gimnazjum i liceum. W okresie szkolnym związał się z harcerstwem. Działał także w Sodalicji Mariańskiej.

Rok 1939 miał otworzyć nowy rozdział w jego życiu: zdał maturę i zamierzał rozpocząć studia. Jednak wybuch wojny pokrzyżował te plany. Poczucie obowiązku wobec Ojczyzny i przekonanie, że każde ręce są potrzebne do walki z niemiecką agresją, spowodowały, iż bez wahania ochotniczo zgłosił się do wojska. Brał udział w walkach z Niemcami toczonych na obszarze Galicji Wschodniej. Gdy 17 września 1939 r. Polskę zaatakowali bolszewicy, wzorem innych żołnierzy przedostał się na Węgry, chcąc trafić do jednostek Wojska Polskiego odbudowywanego na Zachodzie. Na Węgrzech został internowany, ale już w listopadzie 1939 r. uciekł z obozu. Przedostał się do Francji. Został żołnierzem formujących się jednostek Wojska Polskiego – otrzymał przydział do 4. Pułku Piechoty 2. Dywizji Strzelców Pieszych. Ukończył szkołę podoficerską. Rozpoczął kurs polskiej podchorążówki w Coëtquidan. W 1940 r. walczył w obronie Francji i po raz drugi musiał przeżyć gorycz klęski. Po francuskiej kapitulacji znalazł się wśród tych, którzy szczęśliwie przedostali się do Wielkiej Brytanii. Dopiero tam skończył Szkołę Podchorążych Piechoty. Z wyróżnieniem.

W kwietniu 1942 r. zgłosił się ochotniczo do służby w szeregach cichociemnych – formacji specjalnej, stworzonej do działań dywersyjnych na terenie okupowanej Polski. Po specjalnym przeszkoleniu, tak jak inni żołnierze tej formacji, miał być wsparciem dla sił zbrojnych Polski Podziemnej. W 1943 r. został zaprzysiężony jako żołnierz konspiracji i odtąd używał pseudonimów „Zapora” i „Odra”. W nocy z 16 na 17 września 1943 r., dokładnie w czwartą rocznicę sowieckiej agresji na Polskę, został drogą lotniczą przerzucony do kraju. Znalazł się w okolicach Wyszkowa. Udany skok spadochronowy oznaczał jego awans do stopnia podporucznika.

Zgodnie z wcześniejszym planem przedostał się do Warszawy, gdzie otrzymał przydział do Okręgu Lubelskiego AK. Na Lubelszczyznę przybył zimą na przełomie 1943 i 1944 r. W styczniu 1944 r. objął funkcję szefa Kedywu w Inspektoracie Rejonowym AK Lublin-Puławy. Dowodził także dyspozycyjnym oddziałem partyzanckim Kedywu. Osobiście

uczestniczył w kilkudziesięciu akcjach zbrojnych oddziału, w jednym ze starć z Niemcami został ranny. Zwalczał także różne przejawy współpracy obywateli polskich z okupantem oraz niemieckie próby kolonizacji Zamojszczyzny. W czasie realizacji akcji „Burza” na Lubelszczyźnie jego oddział – już formalnie jako 1. kompania odtwarzanego w konspiracji 8. Pułku Piechoty Legionów AK – zapewniał ochronę sztabu komendy okręgu.

Wobec budowy przez Stalina pod szyldem PKWN zrębów administracji komunistycznej AK na Lubelszczyźnie zajęła początkowo postawę wyczekującą. W warunkach narastania bezwzględnego terroru ze strony narzuconej władzy nie było szans na podjęcie aktywnej rokującej nadzieję na sukces – walki zbrojnej z nowym reżimem. Na niewielkim terenie tzw. Polski lubelskiej stacjonowały wówczas miliony żołnierzy sowieckich, stanowiących rzeczywistą i faktyczną ochronę PKWN.

Dlatego 28 lipca 1944 r. Dekutowski rozwiązał swój oddział. Próbując chronić szeregi przed represjami, podjął próbę demobilizacji żołnierzy z oddziałów partyzanckich, czyli w rzeczywistości przejścia do głębszej konspiracji. Wkrótce potem, w sierpniu 1944 r., ponownie zebrał podkomendnych, podejmując próbę przedarcia się na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Formacje sowieckie skutecznie uniemożliwiły żołnierzom Dekutowskiego przeprawę przez Wisłę. Oddział musiał zawrócić i ponownie został rozformowany. Okres terroru NKWD i formacji podległych PKWN żołnierze „Zapory” przetrwali w konspiracji.

Olbrzymia skala represji, zwielokrotnionych jesienią 1944 r., przynosiła coraz większe straty – ludzi aresztowano, wywożono i mordowano. Coraz więcej było ludzi „spalonych”, niemających możliwości powrotu do domów. Ponieważ siły komunistyczne kontynuowały akcje pacyfikacyjne, pojawiła się konieczność dokonywania akcji odwetowych i likwidacji szczególnie gorliwych funkcjonariuszy nowej władzy. Na początku roku 1945 „Zapora” w porozumieniu z Komendą Okręgu AK Lublin objął dowództwo oddziału samoobrony. Rozpoczął nowy etap walki – tym razem przeciw NKWD, UB, milicji i kierowanym przez Sowietów wojskom wewnętrznym. Sprzyjał temu fakt przesunięcia frontu na zachód i – co za tym idzie – zmniejszenia stopnia „nasycenia terenu” przez armię sowiecką.

Wiosna 1945 r. przyniosła niemal na całym obszarze kraju wzrost natężenia walk zbrojnych przeciw strukturom administracji komunistycznej. Oznaczało to także walki z oddziałami wojsk wewnętrznych NKWD, które – co najmniej do jesieni 1945 r. – były główną siłą zwalczającą polskie podziemie niepodległościowe. W efekcie – po okresie wyczekiwania i bierności wobec zmasowanego terroru – na wiosnę 1945 r. doszło do swoistej ofensywy podziemia. Nie przypadkiem obszarem najbardziej intensywnych starć zbrojnych stały się wówczas te regiony, które miały już ponad półroczne doświadczenie okupacji sowieckiej, czyli województwa lubelskie, rzeszowskie i białostockie.

Celem akcji zbrojnych podejmowanych przez oddział Dekutowskiego była, z jednej strony, dezorganizacja komunistycznego aparatu władzy i represji, złamanie atmosfery bezkarności urzędów bezpieczeństwa i NKWD, a z drugiej podtrzymanie w społeczeństwie woli oporu i przywiązania do ideałów niepodległego państwa. Temu miały służyć m.in.: likwidacje funkcjonariuszy bezpieki, rozbijanie posterunków milicji, niszczenie dokumentacji urzędowej, uwalnianie więźniów i aresztowanych oraz spotkania partyzantów z ludnością i organizowanie patriotycznych wieców.

Jedną z głośniejszych akcji „Zapory”, wykonaną wspólnie z oddziałami „Podkowy” i „Mata”, było zajęcie miasteczka Janów Lubelski (27 kwietnia 1945 r.). Partyzanci zdobyli wówczas posterunek milicji, zaatakowali kwatery sowieckich instruktorów NKWD, wykonali wyrok śmierci na jednym z ubowców. Zdobyli także więzienie UB, uwalniając kilkunastu więźniów. Dokonali też konfiskat funduszy ze znajdujących się w mieście urzędów .

Akcja ta przysporzyła „Zaporze” dużej popularności wśród mieszkańców Janowa i okolic. UB wówczas nie miał wątpliwości, że tamtejsze lokalne struktury nowej władzy należą do „najbardziej zagrożonych przez bandy AK”. Znalazło to odzwierciedlenie w opisach sytuacji, kierowanych do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. „Bardzo ciężko przedstawia się sytuacja w mieście Janów [Lubelski]. Gminach: Kawęczyn, Urzędów, Zaklików, Modliborzyce, Chrzanów, kraśnickiego powiatu” – pisano w raporcie z maja 1945 r., a „aktywna działalność band AK na terenach wy[żej] wym[ienionych] gmin doprowadziła do skończenia pracy partyjnych i rządowych organów w wymienionych gminach powiatu kraśnickiego” .

Nie było w tym przesady – tym bardziej że na terenach wiejskich „Zapora” cieszył się i poparciem ludności, i siłami przewyższającymi to, czym dysponowały lokalne struktury komunistów. Bardzo charakterystyczną ilustracją tego stanu rzeczy mogą być wydarzenia z 13 maja 1945 r. Według raportów UB tego dnia do Urzędowa przyjechały dwie ciężarówki z sześćdziesięcioma żołnierzami „Zapory”. Partyzanci byli dobrze uzbrojeni. Mieli dużo broni automatycznej, pięć ciężkich karabinów maszynowych, a nawet rosyjskie rusznice przeciwpancerne. Bez większych problemów rozbroili dziewięcioosobowy posterunek MO, który nawet nie próbował stawiać realnego oporu. Następnie spontanicznie urządzono wiec, na który zwołano mieszkańców Urzędowa. Przemówienie do nich wygłosił w imieniu „Zapory” jego zastępca, Stanisław Wnuk „Opal”. Według raportu UB występował on „bardzo wrogo przeciwko [komunistycznemu] Tymczasowemu Rządowi i przeciwko Związkowi Radzieckiemu”. Autor raportu, kierownik lubelskiego WUBP Faustyn Grzybowski, bez satysfakcji opisywał entuzjastyczne reakcje ludności, która nie tylko wznosiła okrzyki poparcia dla niepodległościowego podziemia, ale wręcz „zarzuciła kwiatami odjeżdżające samochody” partyzantów Dekutowskiego .

Co więcej, źródłem irytacji UB było nie tylko wzajemne unikanie starć między „zwyczajnym”, pochodzącym z poboru wojskiem a podziemiem, ale wręcz nieskrywane przejawy wzajemnej sympatii. Oddziały „Zapory” niejednokrotnie spotykały się z wojskiem na stopie wręcz przyjacielskiej, przy czym niejednokrotnie potwierdzano wspólną nienawiść do panoszących się w Polsce funkcjonariuszy NKWD i bezpieki. Jednym z najbardziej charakterystycznych przejawów fraternizacji partyzantki z żołnierzami były wydarzenia z 18 maja 1945 r. W przeddzień oddziały „Zapory” rozbiły posterunek MO w Zaklikowie. Nie obyło się bez walki – w jej wyniku zginęło dwóch milicjantów. W sąsiednim budynku rozbrojono pięciu czerwonoarmistów. Nazajutrz partyzanci udali się do browaru w Popkowicach, gdzie stacjonował oddział podporządkowanego komunistom wojska. UB z oburzeniem informował zwierzchników, że partyzanci nie tylko „nie zaczepiali żołnierzy i żołnierze ich też nie zaczepiali”, ale „nawet doszło do tego, że razem pili piwo”. Następnie bez żadnej wrogości i jedni, i drudzy zarekwirowali kolejne beczki z piwem i rozjechali się do swoich miejsc postoju.

Kierownictwo podziemia widziało potrzebę utrzymywania kadrowej organizacji wojskowej i głęboko zakonspirowanych struktur gotowych do wypełniania zadań zbrojnych w kraju (czynna samoobrona, likwidacje niebezpiecznych funkcjonariuszy i konfidentów bezpieki itp.). Dlatego w maju 1945 r. formalnie została powołana do istnienia Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ). Komenda Inspektoratu DSZ Lublin z dniem 1 czerwca 1945 r. mianowała „Zaporę” dowódcą wszystkich oddziałów partyzanckich na tym terenie. Jednocześnie otrzymał on awans na majora Wojska Polskiego.

W czerwcu jednak pojawiły się w kraju symptomy zmian politycznych. Wprawdzie utworzony na podstawie porozumień moskiewskich Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej wciąż był zdominowany przez komunistów, ale powrót do kraju byłego premiera Rządu RP na Uchodźstwie Stanisława Mikołajczyka i objęcie przez niego funkcji wicepremiera wywołało w całym kraju falę entuzjazmu. Zapowiedziane wolne wybory przy ówczesnych nastrojach społeczeństwa stwarzały nadzieję na rychłą likwidację władzy komunistów w Polsce.

W takiej sytuacji Delegat Sił Zbrojnych Jan Rzepecki rozpoczął intensywne starania o „rozładowanie lasów”. Widział potrzebę przejścia żołnierzy z podziemia do jawnej działalności politycznej. Chciał wierzyć, że latem 1945 r. zaistnieje szansa na kompromisowe rozwiązanie polityczne w kraju, które uchroni akowską młodzież przed dalszym rozlewem krwi w starciach z siłami przeciwnika (i tak potencjalnie silniejszego, bo wspieranego całą potęgą stalinowskiego imperium). Jeszcze w lipcu 1945 r. oceniał sytuację bardzo optymistycznie, przy czym wyraźnie przeceniał (zresztą nie tylko on) realne możliwości Mikołajczyka w nowym układzie politycznym. „Dzisiaj społeczeństwo oczekuje od prem[iera] Mikołajczyka osłony żołnierzy b. AK przed sowiecką i polską służbą bezpieczeństwa. Społeczeństwo musi żądać sprawiedliwości i uznania dla b. AK” .

Nadzieje te nie zostały spełnione, mimo że 6 sierpnia 1945 r. Delegatura Sił Zbrojnych została formalnie postawiona w stan likwidacji. Dowodzone przez „Zaporę” oddziały zostały rozformowane na przełomie sierpnia i września 1945 r. Jednak Dekutowski wraz z podkomendnymi w dalszym ciągu musiał się ukrywać. W takiej sytuacji zapadła decyzja o próbie przedarcia się na Zachód – do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech.

We wrześniu 1945 r. „Zapora” z dziesięcioma swymi podkomendnymi rozpoczął prawdziwy rajd partyzancki. Najpierw specjalny patrol przeprowadził całą grupę w Góry Świętokrzyskie. Po drodze partyzanci kilkakrotnie starli się z bezpieką. Rozbroili też posterunek milicji w Słupi koło Świętego Krzyża. Stamtąd przedostali się do Częstochowy, skąd, po ściągnięciu dodatkowych osób z Warszawy, 1 października 1945 r. rozpoczęli marsz w kierunku Jeleniej Góry i przebiegającej w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Przekroczyli „zieloną” granicę.

Tutaj opuściło ich szczęście – w czasie drogi w kierunku Pragi natknęli się na patrol czeskiej bezpieki, a po dwóch dniach zostali okrążeni. Doszło do strzelaniny, Czesi aresztowali dwóch ludzi; wkrótce potem zginął kolejny z Polaków. Pozostali zdołali się wydostać z okrążenia, ale już kilka dni później znowu znaleźli się w kotle. Grupa zmniejszyła się o kolejnych trzech ludzi aresztowanych przez Czechów. Jedynie pięć osób zdołało się przedostać przez Łabę. Pech towarzyszył im do końca – gdy byli już praktycznie u celu wyprawy, znów wytropiła ich i zaatakowała czeska bezpieka. W rezultacie jedynie „Zapora” i Marian Klocek „George” dotarli do ambasady amerykańskiej w Pradze. Okazało się, jak na ironię, że nie był to koniec drogi. Amerykanie jednoznacznie odmówili im pomocy. „Zapora” i „George” potajemnie musieli wydostać się z Czechosłowacji i powrócić do opanowanego przez komunistów kraju. Podając się za przymusowych robotników wracających z Niemiec, dotarli do Polski. Wyprawa, kosztująca tak wiele wysiłku, zakończyła się zupełnym fiaskiem. Na szczęście część aresztowanych zdołała się wymknąć czechosłowackiej służbie bezpieczeństwa .

Komuniści w tym czasie z jednej strony propagandowo nagłaśniali akcję amnestyjną (w rzeczywistości realizowaną w celu dezorganizacji struktur podziemia), z drugiej zaś przeprowadzali aresztowania i czynili przygotowania do kolejnej fazy represji.

Już 22 sierpnia 1945 r. ponownie podporządkowano Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego rozkazom szefa MBP. Strukturę terytorialną KBW dostosowano do wojewódzkiego podziału urzędów bezpieczeństwa. Podstawowymi jednostkami, będącymi w dyspozycji wojewódzkich sztabów Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego, stały się samodzielne bataliony operacyjne.

Województwo lubelskie znalazło się wśród tych, które wciąż były uznawane za obszar szczególnego zagrożenia. Skierowano do niego specjalnie wzmocnione pod względem liczebności i uzbrojenia bataliony operacyjne KBW. Zwiastunem nowej akcji represyjnej były także kolejne dekrety rządu przyjęte 16 listopada 1945 r. W grudniu 1945 r. pojawiło się wiele rozkazów zmierzających do zaostrzenia walki z podziemiem – m.in. Radkiewicz wydał rozkaz nr 81 o wzmocnieniu walki z bandytyzmem, a wydana dzień wcześniej instrukcja szefa GZP-W WP nakazywała zwiększenie współpracy wojska z UB i milicją. Dotychczasowe efekty uzyskane przez wojsko w walce z podziemiem skrytykował 3 grudnia 1945 r. Michał Żymierski. Dowódców garnizonów i jednostek wojskowych uczynił on odpowiedzialnymi za „bezpieczeństwo” na równi z UB i MO, zobowiązując ich do udzielania tym organom „natychmiastowej i wystarczającej pomocy dla interwencji przeciw bandytom. Jeżeli dowódca jakiegokolwiek oddziału wojskowego otrzyma wiadomość o walce z bandytami, musi niezwłocznie iść z pełną pomocą z własnej inicjatywy, nie czekając na wezwanie czy rozkaz”.

Powstanie Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, które przejęło znaczną część kadr i kontaktów AK-DSZ, było wynikiem dość zagmatwanej sytuacji, jaka wytworzyła się w Polsce wczesną jesienią 1945 r. WiN miał być próbą przekształcenia konspiracji zbrojnej w cywilną, stopniowo umożliwiającą przechodzenie żołnierzy z rozwiązywanych struktur AK-DSZ do działalności politycznej. Celem było wsparcie działań Mikołajczyka i jego stronnictwa, zmierzających do przeprowadzenia w Polsce wolnych, demokratycznych wyborów. Miały one pozwolić także na pełne odsunięcie komunistów od władzy w Polsce. Ujawnienie konspiracji niepodległościowej byłoby wówczas czymś oczywistym.

Z tych powodów WiN chciał ograniczyć walkę zbrojną, która nie stwarzała szans na pełne zwycięstwo. Był to przecież okres triumfu i potęgi sowieckiego imperium. Polska, zniszczona dwiema okupacjami, nie była w stanie podjąć równorzędnej walki ze stalinowskim kolosem. Jednak sowiecki dyktator, a za nim polscy komuniści, właśnie ten czas chcieli wykorzystać do zbrojnej rozprawy z siłami niepodległościowymi. Masowy terror bezpieki powodował, że podobnie jak wiosną 1945 r., w terenie wciąż istniała konieczność realizacji zadań typowo militarnych, których celem była przede wszystkim obrona ludności, likwidacja najbardziej niebezpiecznych funkcjonariuszy bezpieki oraz zdobywanie środków na działalność konspiracyjną. Sytuacja w różnych regionach kraju szybko wymusiła akceptację przez WiN istnienia podległych mu jednostek partyzanckich. Mogli w nich znaleźć schronienie ci, którzy nie mieli dokąd uciec przed działalnością bezpieki. W wielu regionach siła podziemia niepodległościowego była jednak zaskoczeniem i dla komunistów, i dla samego Stalina. Tak było w kilku województwach, w tym na Lubelszczyźnie.

Lubelskie struktury WiN objęły zwierzchnictwo nad działającymi tam oddziałami zbrojnymi jeszcze w 1945 r. Dowódcą dywersji i oddziałów partyzanckich Inspektoratu WiN Lublin mianowano właśnie mjr. Dekutowskiego. Miał realizować zadania związane z czynną samoobroną nie tylko na Lubelszczyźnie, ale także w województwach sąsiednich – rzeszowskim i kieleckim. Reaktywowane w ten sposób zgrupowanie działało w rozproszeniu na dużym obszarze. Ruchliwe kilkunastoosobowe oddziały wykonywały rozkazy „Zapory”, ale przy dość dużej samodzielności poszczególnych dowódców. Taka taktyka zapewniała większą skuteczność, a także lepszą aprowizację oddziałów. Obszar operacyjny podkomendnych „Zapory” sięgał od powiatu lubartowskiego i Zamojszczyzny po powiat tarnobrzeski i wschodnią Kielecczyznę. W ten sposób pod komendą „Zapory” wkrótce znalazło się około 200 żołnierzy pod bronią .

Rok 1946 w planach komunistów miał być czasem zasadniczego przełomu w walce z niepodległościowym oporem społeczeństwa. Zamierzano zadać największym zgrupowaniom leśnym decydujące ciosy, które pozwolą na roztoczenie pełnej kontroli nad sytuacją i rozwojem wydarzeń w poszczególnych regionach kraju. Walka z oporem zbrojnym była w tym czasie nieodłączną częścią ogólnej strategii politycznej komunistów. Pierwsza połowa roku 1946 upłynęła, z ich punktu widzenia, przede wszystkim na przygotowaniach do referendum ludowego — generalnej próby sfałszowania wyników głosowania. W marcu 1946 r. powołano Państwową Komisję Bezpieczeństwa, która miała synchronizować wszystkie działania przeciw podziemiu podejmowane przez jednostki WP, KBW, UBP i MO.

Zgrupowanie „Zapory” przeprowadzało w tym czasie różnego rodzaju akcje likwidacyjne. Do legendy przeszły wypadowe rajdy partyzanckie podejmowane również poza Lubelszczyzną, podczas których niejednokrotnie dochodziło do potyczek i zwycięskich starć z UB i KBW. Wiosną i latem 1946 r. w skład zgrupowania wchodziło jedenaście oddziałów partyzanckich. Podobnie jak za czasów okupacji niemieckiej Dekutowski bezwzględnie zwalczał przejawy współpracy z reżimem. W 1946 r. dokonał nawet kilku bezprecedensowych operacji pacyfikacyjnych w miejscowościach, które były dotąd „oparciem” dla komunistów. Były to pojedyncze wsie, w których rzeczywiście duże zaplecze mieli zwolennicy sowieckich porządków w Polsce. Zwane przez partyzantów „moskwami”, były swoistym ewenementem w skali kraju .

„Banda »Zapora« należy do najaktywniejszych w województwie – pisano 1 listopada 1946 r. w „Wykazie band działających na terenie województwa lubelskiego” sporządzonym przez Oddział Wywiadu Dowództwa Głównego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. – Członkowie rekrutują się w znacznej części z dezerterów WP, MO i UBP. Banda, oprócz napadów terrorystycznych, przejawiała silną działalność propagandową, szczególnie w okresie głosowania ludowego”10. W „Sprawozdaniu z działalności operacyjnej jednostek WP, WBW, UB i MO na polu walki z bandytyzmem na terenie RP w m[iesią]cu listopadzie 1946 r.” wciąż uznawano województwo lubelskie za jeden z najbardziej „zagrożonych” regionów kraju.

Termin wyborów wyznaczono ostatecznie na 19 stycznia 1947 r. Przygotowania do ich przeprowadzenia oznaczały dalszą intensyfikację terroru i zmasowaną akcję propagandową reżimu. Wbrew społecznym nadziejom nie mogły one odmienić sytuacji politycznej. Komuniści, świadomi znikomego poparcia obywateli, przygotowali i zrealizowali olbrzymią operację ich sfałszowania.

Po ogłoszeniu „wyborczego zwycięstwa” komuniści przyjęli kolejną ustawę amnestyjną dla podziemia. Była ona elementem przygotowań do całkowitej likwidacji oporu zbrojnego i początkiem kolejnego etapu budowy systemu powszechnego terroru. Upadły polskie nadzieje na niezawisłość. „Zapora” nie chciał narażać swoich podkomendnych na trwanie w lesie bez szans na zwycięstwo, czy nawet na przeżycie. Brał pod uwagę możliwość ujawnienia swoich żołnierzy. Uważał jednak, że warunkiem tego musi być realne zagwarantowanie im bezpieczeństwa. Podjęte przez niego rozmowy z szefem WUBP Janem Tatajem i przedstawicielami MBP zakończyły się fiaskiem11. Mimo to w kwietniu 1947 r. ostatecznie ujawniła się większość podkomendnych Dekutowskiego. On sam ujawnił się w czerwcu 1947 r. Nie oznaczało to bynajmniej rezygnacji z pracy niepodległościowej – tym bardziej że zatrzymał w ukryciu część broni podległych mu oddziałów. Szybko się okazało, że jest zagrożony aresztowaniem.

Wraz z kilkoma żołnierzami „Zapora” podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód. We wrześniu 1947 r. przekazał kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi” komendę nad wciąż istniejącymi zakonspirowanymi strukturami. Okazało się jednak, że wyjazd i przerzut przez granicę był najprawdopodobniej zorganizowaną przez UB prowokacją. Wszyscy uczestniczący w nim żołnierze WiN w dniach 15–16 września 1947 r. zostali pochwyceni przez bezpiekę na punkcie przerzutowym w Nysie. „Zaporę” przewieziono do więzienia MBP na warszawskim Mokotowie, gdzie był poddany nieludzkiemu śledztwu i torturowany aż do lipca 1948 r. Kilka miesięcy później został siedmiokrotnie skazany na karę śmierci.

Nie upadł na duchu. Wciąż myślał o ucieczce na wolność. Na początku 1949 r. próbował zorganizować ucieczkę z więzienia. Wraz z wtajemniczonymi współwięźniami mozolnie wyskrobywał w suficie otwór prowadzący na dach budynku więzienia. Plan był dobry, ale cała akcja została udaremniona przez donos przebywającego w celi więźnia-kryminalisty. „Zapora” został osadzony w karcerze. Ponownie poddawano go bestialskim torturom – wybito mu zęby, połamano kończyny.

To była ostatnia próba ucieczki. Wkrótce potem – 7 marca 1949 r. – został zamordowany w budynkach mokotowskiego więzienia. Tego samego dnia stracono także kilku innych jego podkomendnych, którzy wpadli w zasadzce w Nysie12.

Rodzinie nigdy nie wydano ciała oficera. Po latach wybudowano mu jedynie symboliczny nagrobek w Tarnobrzegu. Przez dziesięciolecia PRL „Zapora” był wraz z innymi oficerami AK i WiN jednym z obiektów brutalnej, oszczerczej propagandy komunistycznej.

Władze Rzeczypospolitej w 1945 r. odznaczyły Dekutowskiego Krzyżem Walecznych. Na obczyźnie pośmiertnie przyznano mu m.in. Order Virtuti Militari (1964).

W Polsce przypomnienie jego postaci stało się możliwe dopiero po upadku komunizmu. Wymiar symboliczny miało przyznanie „Zaporze” pierwszego Orderu Cnoty Obywatelskiej, ustanowionego przez samorząd Tarnobrzega. Order nawiązuje do historycznej tarnobrzeskiej Pieczęci Cnoty Obywatelskiej – „Sigillum Civis Virtuti”. W uroczystym piśmie władz miasta z tej okazji napisano „że po pół wieku oszczerstw, hańby i poniżenia zamordowanego bohatera nadszedł czas naprawienia krzywdy poprzez uczynienie go Pierwszym Kawalerem Orderu”.

1/ W artykule wykorzystano biogram H. Dekutowskiego autorstwa A.F. Barana, zamieszczony w: Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944–1956. Słownik biograficzny, t. I, Kraków Warszawa Wrocław 2002, s. 110–114.

2/ R. Wnuk, Lubelski Okręg AK, DSZ i WiN 1944–1947, Warszawa 2000, s. 303–304. Raport specjalny kierownika WUBP w Lublinie z 23 V 1945 r. [w:] Rok pierwszy. Powstanie i działalność aparatu bezpieczeństwa publicznego na Lubelszczyźnie (lipiec 1944–czerwiec 1945), Warszawa 2004, s. 179.

3/ Ibidem.

4/ Cytat za: R. Wnuk, Lubelski Okręg…, s. 171.

5/ Materiały dla terenu. 15 VII 1945 r. [w:] Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” w dokumentach, oprac. zbior., t. I, Wrocław 1997, s. 97–100.

6/ Z. Broński, Pamiętnik (1941-maj 1949), red. S. Poleszak, Warszawa 2004, s. 122–123; R. Wnuk,

7/ Lubelski Okręg…, s. 84–85.

8/ R. Wnuk, Okręg Lubelski…, s. 85.

9/ Ibidem, s. 99.

10/ CAW, KBW, 1580/75/407, k. 177. KBW oceniało liczebność oddziału „Zapory” na 60 żołnierzy, podzielonych na kilka pododdziałów, działających przede wszystkim w powiecie kraśnickim, ale także w lubelskim, puławskim oraz na terenie województwa rzeszowskiego (ibidem).

11/ L. Pietrzak, Amnestia 1947 roku i jej wykonanie przez organa bezpieczeństwa [w:] Podziemie zbrojne na Lubelszczyźnie wobec dwóch totalitaryzmów 1939–1956, red. S. Poleszak, A. Puławski, Warszawa 2002, s. 57, 64.

12/ K. Krajewski, J. Kurtyka, T. Łabuszewski, P. Niwiński, J. Pawłowicz, G. Wąsowski, J. Węgierski, L. Żebrowski, Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku, Warszawa 2002, s. 137–138.

BIULETYN IPN, NR 1-2 (84-85), Styczeń-Luty 2008

GRZEGORZ BERENDT – POLSCY ŻYDZI WOBEC KOMUNIZMU PRZED ZAGŁADĄ

GRZEGORZ BERENDT

POLSCY ŻYDZI WOBEC KOMUNIZMU PRZED ZAGŁADĄ

W toku dyskusji o relacjach polsko-żydowskich w minionym stuleciu pojawiają się odwołania do problemu, który kiedyś wywoływał liczne spory i komentarze publiczne, nierzadko bardzo gwałtowne. Dziś zajmuje on uwagę coraz węższego kręgu historyków, publicystów, polityków oraz ludzi nieparających się zawodowo historią. Rzecz dotyczy wielkiej roli odegranej przez osoby wywodzące się z rodzin żydowskich w ruchu komunistycznym. Wśród komunistów w Polsce było wielu Żydów, chociaż od razu trzeba dopowiedzieć, że niewielu było komunistów wśród polskich Żydów. Te dwa stwierdzenia są tylko na pierwszy rzut oka sprzeczne ze sobą.

Wyjaśnienie kryje się nie tylko w liczbach i proporcjach, ale także w przypomnieniu spraw niby oczywistych, lecz jednocześnie zbyt często pomijanych. Nie ukrywam, że znając szacunki i dane na temat tego, ilu Żydów było zafascynowanych komunizmem, za istotniejsze niż obszerne przywoływanie statystyk uważam wskazanie, dlaczego tak proporcjonalnie niewielu polskich i innych Żydów związało się z jego ideologią i strukturami organizacyjnymi.

Co najmniej do połowy XIX w. Żydzi zamieszkujący historyczne ziemie Rzeczypospolitej byli przede wszystkim wspólnotą religijną. To religia determinowała znakomitą większość obyczajów i dużą część codziennych zachowań. Spoiwem były też wspólny język dnia codziennego – jidysz − oraz kultura w nim tworzona. Dla wspólnoty istotne znaczenie miała także obawa przed agresją ze strony nieżydowskiego otoczenia, oparta na doświadczeniach wyniesionych z przeszłości. Istniały, co prawda pewne regionalne różnice, a nawet animozje między np. Żydami litewskimi i małopolskimi, lecz nie miały one zasadniczego wpływu na więź środowiskową, chyba, że dotyczyły przynależności do odmiennych rytów religijnych: ortodoksji rabinicznej, chasydyzmu, judaizmu konserwatywnego czy reformowanego. W tym przypadku różnice poważnie utrudniały, czy wręcz w praktyce uniemożliwiały np. zawieranie

Związków małżeńskich. Z drugiej strony – czynnikiem upodabniającym wyznawców wymienionych nurtów religii mojżeszowej, co poniekąd oczywiste, było niechętne nastawienie wobec osób przyjmujących inną religię i krzewicieli ateizmu.

W wieku XVIII pojawili się wśród polskich Żydów propagatorzy otwarcia środowiska współwyznawców na nowe prądy ideowe i kontakty ze światem nieżydowskim. Przeszli do historii jako oświeceniowi  reformatorzy (maskilim). Przełamując opor religijnych przywódców żydowskich, jak też świata nieżydowskiego, kończyli świeckie szkoły średnie i wyższe. Nie było to proste, bo np. na terenie Rzeczypospolitej do końca epoki przedrozbiorowej wyznawcy judaizmu nie mieli wstępu na uniwersytety. Maskile byli wyznawcami oświeceniowej wiary w zdolność człowieka do zmiany świata, w którym żyje, a szczególnie możliwości zniesienia praw dzielących ludzi na grupy uprzywilejowane i dyskryminowane li tylko z powodu urodzenia. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że przez ponad sto lat wyznawców takiego podejścia do rzeczywistości było wśród Żydów niewielu.

„Prorokom” nowej świeckiej wiary nie brakowało intelektualnej odwagi poszukiwania wciąż nowych idei, które mogłyby posłużyć wprowadzeniu Żydów w nowoczesny świat i ich równouprawnieniu z innymi grupami etnicznymi i religijnymi. W drugiej połowie XIX i na początku XX w. pojawiło się kilka koncepcji realizacji tych zamierzeń. Wszystkie one kształtowały się pod wpływem ogólnych prądów ideowych ożywiających ówczesną Europę, a zarazem nowych doświadczeń, które stały się udziałem Żydów. Te idee to: scjentyzm, demokracja, liberalizm, socjalizm, nacjonalizm i komunizm. Doświadczenie grupowe kształtowały przede wszystkim przypadki dyskryminacji i represji, które miały miejsce w największym wymiarze w Imperium Rosyjskim, ale incydentalnie dawały o sobie znać także w Europie Zachodniej (np. we Francji).

Tylko znikoma część Żydów na terenie historycznej Rzeczypospolitej znalazła się w kręgu oddziaływania polskich idei niepodległościowych i przyswoiła je sobie. Na przełomie wieków XIX i XX znacznie więcej Żydów związało się z nurtami politycznymi dążącymi do urzeczywistnienia innych celów. Tysiące zaczęło popierać dążenie do stworzenia żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie lub w innym miejscu na świecie. To, a nie odrodzenie Polski, stało się ich priorytetem. Inni postawili sobie za cel zniesienie dyskryminacji prawnej bądź odziedziczonej po wiekach średnich, bądź wprowadzonej później.

Judaizm przynosi prawdę o równości jego wyznawców przed obliczem Boga, co nie oznacza, że egalitaryzm był cechą charakteryzującą społeczność żydowską. Obok zasygnalizowanych już różnic religijnych i obyczajowych, zasadniczą linię podziału wyznaczał posiadany majątek. On decydował o miejscu w hierarchii społecznej. Ludzie zamożni byli decydentami we władzach gmin religijnych. Majątek rozstrzygał nawet o miejscu zajmowanym w synagodze i możliwości przewodzenia wspólnocie podczas zbiorowej modlitwy. Brak majątku zamykał drogę awansu dzieciom, które nie mogły się kształcić (skądinąd, podobnie jak dzieciom biedoty wyznającej inne religie). Konflikty między żydowską oligarchią i gminną biedotą przeradzały się niekiedy w tumulty i bijatyki, mające miejsce nawet w bożnicach. Wspominał o tym, pisząc o miasteczku Ozierany na Wołyniu, poeta, pisarz, działacz żydowski i komunista – Dawid Sfard (por. D. Safard, s. 19–20; J. Nalewajko-Kulikov, s. 40).

Rzeczywisty wyzysk ekonomiczny – doświadczany zarówno ze strony żydowskich, jak i nieżydowskich pracodawców – wywoływał wśród żydowskich pracowników najemnych poczucie krzywdy i skłonność do buntu. Oczywiście, przede wszystkim wśród tych niepokornych, niepogodzonych z nędzą materialną i dyskryminacją. Stawali się oni podatni na agitację rożnych partii lewicowych, obiecujących szybką poprawę losu tzw. mas robotniczych. Wśród żydowskiego proletariatu największe poparcie uzyskał powstały w 1897 r. Ogolnożydowski Związek Robotniczy, znany szerzej pod skróconą nazwą BUND (Bund). Była to najsilniejsza żydowska partia robotnicza na ziemiach polskich przed 1939 r. Bardzo popularna nie tylko z powodu walki o prawa pracowników najemnych, ale również za sprawą afirmacji kultury narodowej tworzonej w jidysz. Konkurowały z nią utworzone po 1906 r. syjonistyczne partie robotnicze, propagujące budowę proletariackiej republiki żydowskiej w Palestynie. Jest faktem, że już przed 1918 r., a także w okresie odrodzonego państwa polskiego, rząd dusz na ulicy żydowskiej sprawowały trzy środowiska. Wśród nich, walcząc o utrzymanie dawnej pozycji, działali liderzy środowisk religijnych. Jednak z każdym rokiem ich wpływy słabły. Przestawali być autorytetem dla coraz większej części społeczności żydowskiej, zwłaszcza dla młodego pokolenia. Proces ten zachodził tak w dużych miastach, jak i miasteczkach. Pole odbierali im bundowcy i syjoniści rożnych odłamów – od rewolucyjnej lewicy po radykalnych nacjonalistów, wrogo nastawionych do haseł walki klasowej. Świeckie żydowskie partie narodowe miały przed Zagładą dziesiątki tysięcy członków i sympatyków każda. To one odgrywały główną rolę w Polsce przed wybuchem II wojny światowej.

Komunizm nie był ideologią cieszącą się uznaniem ani większości, ani nawet istotnej części Żydów żyjących na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej – w tym wchodzących w skład Polski odrodzonej w 1918 r. Czas wyjaśnić, co było tego przyczyną. Na początku, najkrócej rzecz ujmując, główną przyczyną była utopijność jego założeń. Później – gdy władza komunistów stała się faktem w Rosji, czy na krótko na Węgrzech – od nowego reżimu odstręczały stosowane przez Lenina, Trockiego i Stalina oraz ich podwładnych krwawe, bezwzględne metody sprawowania rządów. Inna rzecz, że powyższe stwierdzenie dotyczy osób o ukształtowanych poglądach antykomunistycznych, których komuniści bez pardonu grabili i niszczyli wszędzie, gdzie przejęli władzę. Jednak wielu innych „urzekło” to, że bolszewicy stosowali – rozumiane na swój sposób w teorii i praktyce – równouprawnienie obywatelskie Żydów. W ocenie beneficjentów nowego reżimu, jeżeli awans społeczny w roli „człowieka sowieckiego” miał nastąpić za cenę wyrzeczenia się religii, tradycji i obyczajów przodków, gotowi byli tę cenę zapłacić. Takich ludzi były dziesiątki tysięcy. Można ich odnaleźć w aparacie partyjnym WKP(b), policji politycznej, wojsku, mediach i wielu innych instytucjach powołanych do ukształtowania społeczeństwa nowego typu. Około 3 mln innych, którzy nie chcieli lub nie zdążyli opuścić stron rodzinnych przed opanowaniem ich przez bolszewików, musiało dostosować się do nowych realiów.

Wbrew bolszewickiej interpretacji marksizmu – deprecjonującej znaczenie jednostki i czyniącej ją przede wszystkim elementem, a zarazem produktem masowych zjawisk gospodarczych i społecznych – twierdzę, że o łączeniu się z komunizmem decydowały przede wszystkim cechy indywidualne poszczególnych osób, a na pierwszym miejscu skłonność do przyjmowania postaw ekstremistycznych. Ów ekstremizm objawiał się w negowaniu dokonań minionych pokoleń, ich systemu wartości, generacyjnego doświadczenia przyjmującego postać struktur społecznych, prawa, obyczajów i kultury duchowej. Według komunistów, wszystko to można było i należało zniszczyć w imię realizacji utopijnego projektu, zasadzającego się na założeniu, że wszyscy ludzie będą w stanie realizować swoje aspiracje według jednego, narzuconego im wzorca. Opornych, jako klasę społeczną, czekała zagłada, w tym rozumiana dosłownie – tzn. zagłada fizyczna, która w skrajnych przypadkach odbywała się na masową skalę.

W sposób oczywisty odrzucenie Boga i religii, tradycji czy prawa własności budziło sprzeciw ludzi, którzy modlili się i ciężko pracowali dla dobra swoich rodzin, a tacy stanowili niekwestionowaną większość wśród Żydów. Zmiany, zachodzące od czasu wojen napoleońskich w Europie, stopniowo czyniły z Żydów równoprawnych obywateli kolejnych państw. Dochodziło do tego w drodze negocjacji i dialogu. Zatem nie trzeba było krwawej rewolucji, by poprawić ich sytuację w kolejnych regionach. Wystarczało wdrożenie procedur demokracji parlamentarnej i zasady równości wszystkich obywateli w przestrzeni publicznej. Dowodem tego był krótki okres istnienia rządów demokratycznych w dużych miastach Rosji w 1917 r. – między obaleniem caratu a przewrotem bolszewickim – gdy republikańskie władze zniosły dyskryminujące Żydów prawa ustanowione przez carat. Niestety, błędy popełnione przez wojska białych, obciążających wszystkich Żydów odpowiedzialnością za terror stosowany przez Lwa Trockiego i jemu podobnych sprawiły, że żydowskie masy w Rosji – stawiane przed alternatywą: rządy bolszewików czy zagłada w wyniku pogromów – chcąc nie chcąc przyjmowały, że fizyczne przetrwanie gwarantują im bolszewicy.

W Polsce odrodzonej formalne równouprawnienie jej obywateli gwarantowały obie uchwalone w okresie międzywojennym konstytucje (1921 r., 1935 r.). Trzeba więc było walczyć o przestrzeganie zawartych w nich zapisów, a nie dążyć do ich obalenia. I w tym przypadku komuniści nie mieli nic ciekawego do zaproponowania pragmatycznie myślącym polskim Żydom. Dzięki prasie i wieściom przyniesionym przez kilkaset tysięcy żydowskich uciekinierów ze Wschodu, którzy znaleźli schronienie w Polsce, zdawano sobie sprawę z tego, że rządy bolszewików stanowiły w istocie zagrożenie dla żydowskiej odrębności, chronionej przez prawie 1800 lat życia w diasporze.

Bolszewiccy przywódcy sowieckiej Rosji początkowo negowali sens tworzenia odrębnych państw narodowych, stawiając więź klasową ponad wspólnotą języka, obyczaju i tradycji, ponad przywiązaniem do ziemi ojczystej. Odrzucali tak rozumiany patriotyzm. Ignorowanie poczucia odrębności, a zarazem poczucia wspólnoty narodowej stało w jaskrawej sprzeczności z powstawaniem masowych ruchów politycznych, których zwolennicy bez większych problemów łączyli elementy wspólnoty klasowej i narodowej – by wskazać Bund i lewicowych syjonistów; a z drugiej strony – Polską Partię Socjalistyczną. Komunistyczny projekt narodowego i kulturowego ujednolicenia społeczeństwa uznawano, więc za irracjonalny i szkodliwy. Rozwój masowej narodowej kultury żydowskiej, głoszony przez Bund czy socjalistyczno-syjonistyczną partię Poalej Syjon, był bliższy żydowskim robotnikom niż propozycje komunistów. Te sprowadzały się, co najwyżej, do przedstawiania bolszewickich treści w języku narodowym. Żydzi-komuniści, podpisujący się pod tym projektem, byli postrzegani przez co bardziej krewkich rodaków jako renegaci i de facto wrogowie narodu żydowskiego.

Ewentualne totalne zwycięstwo komunizmu, z jego programem stworzenia nowego społeczeństwa, było równoznaczne ze zniknięciem z powierzchni ziemi Żydów jako wspólnoty religijnej, narodowej i kulturowej. I to było trudne, a raczej wręcz niemożliwe do zaakceptowania dla milionów ludzi wychowanych w tradycji Narodu Wybranego, w przeświadczeniu, że stanowią jego część i są depozytariuszami jego tradycji.

Większość Żydów w Polsce odrodzonej z niepokojem odbierała aktywność propagatorów rewolucji i przeniesienia bolszewickich porządków do innych części Europy. W dominującej większości Żydzi byli wrogami każdej wojny, nie wyłączając wojen rewolucyjnych, bo te zawsze prowadziły do zniszczeń, cierpień i śmierci. W konsekwencji byli, więc w swojej masie zwolennikami pokojowego status quo, nie wyłączając kształtu terytorium państwowego, wywalczonego przez polskie elity narodowe w latach 1918–1921. Sytuacja materialna około jednej trzeciej polskich Żydów była bardzo trudna, żyli w biedzie, a nawet w potwornej nędzy. A jednak to w Polsce, borykającej się z kryzysem ekonomicznym i konfliktami na tle etnicznym, można było zachować i rozwijać żydowskość w wymiarze duchowym. W Związku Sowieckim już w latach dwudziestych stało się to trudne – zwłaszcza, gdy głoszono treści nieakceptowane przez komunistów – a od roku 1930 wręcz niemożliwe. Najpierw zamieniono większość synagog i domów modlitwy na magazyny czy domy kultury, a później przystąpiono do likwidowania nawet tych instytucji, które od 1918 r. zajmowały się propagowaniem sowieckich treści, tyle, że za pośrednictwem języka jidysz; na początku lat trzydziestych na Kremlu uznano, że nadszedł czas, aby z przestrzeni publicznej wyrugować nawet ten składnik żydowskiej odmienności. Stało się oczywiste, że Żydzi mieli się roztopić w tyglu, w którym gotowano sowiecką magmę społeczną. Polscy Żydzi o tym wiedzieli i, co oczywiste, stan ten również nie przysparzał komunistom zwolenników w naszym kraju.

Kto więc decydował się na związanie losu z komunizmem? Niejednokrotnie w dyskursie o Żydach-komunistach pojawia się teza, że Żyd, zostając komunistą, przestawał być Żydem. W istocie trafniejsze jest stwierdzenie, że raczej chciał przestać nim być, odżegnując się od religii i idei narodowych. Jednak w okresie, o którym mowa, proces asymilacji i integracji społecznej polskich Żydów był na tak niskim poziomie zaawansowania, że czuję się uprawniony do postawienia tezy, że większość żydowskich członków ruchu komunistycznego w Polsce, wywodzących się z żydowskich miasteczek i dzielnic wielkich miast, bardziej była wówczas oswojona z tym, co żydowskie, niż z tym, co nieżydowskie. Dla dwudziestolecia międzywojennego mówienie o nie żydowskości komunistów, wywodzących się z mówiących w jidysz i wyznających judaizm rodzin żydowskich, jest nieporozumieniem. Analogicznie rzecz się miała z komunistami wywodzącymi się z rodzin polskich katolików, prawosławnych Białorusinów czy ukraińskich grekokatolików. Co więcej, dla większości Żydów ich rodak wiążący się z komunizmem był wprawdzie oceniany, jako szkodnik, fantasta, szaleniec czy człowiek błądzący, nie przestawał jednak być Żydem. Rzadko kiedy rodziny wyrzekały się swoich komunizujących krewniaków. Jeżeli mogły, pomagały im, gdy trafiali przed sąd i do więzienia. Więzi rodzinne były na ogół silniejsze niż spory ideologiczne. A i komuniści nie zawsze mieli dość siły, by stawić opor rodzinie domagającej się przestrzegania co najmniej części tradycyjnych obyczajów. Doskonałym tego przykładem jest postępowanie jednej z najważniejszych postaci Komunistycznej Partii Polski, Saula Amsterdam-Henrykowskiego. Zniknął on na kilka dni z pola widzenia towarzyszy. Gdy znów się pojawił, wyjaśnił swą nieobecność ciężką chorobą. Jak się okazało – kłamał. Po pewnym czasie z Włocławka nadeszła wiadomość, że zawarł tam religijny ślub pod chupą (baldachimem) z córką miejscowego bogacza, a w uroczystości uczestniczył ubrany we frak i cylinder (por. P. Minc, s. 305–306). W środowisku komunistów udział w uroczystości, a także pojawienie się na niej w stroju przypisywanym ludziom o „burżuazyjnej mentalności”, uznano za wysoce niewłaściwe.

Wśród Żydów, przedstawicieli internacjonalistycznej lewicy – skupionej początkowo w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy oraz Polskiej Partii Socjalistycznej-Lewica, a następnie w powołanej w grudniu 1918 r. Komunistycznej Partii Robotniczej Polski − spotykamy zarówno synów i córki zamożnej inteligencji żydowskiej czy burżuazji, jak i potomków ubogich rzemieślników i kramarzy. W wielu przypadkach ludzie ci wywodzili się z bardzo religijnych rodzin i zdobyli w młodości gruntowne wykształcenie teologiczne w zakresie judaizmu. Z religijnej rodziny wywodził się np. Szymon Zachariasz, który od wczesnej młodości do śmierci w 1970 r. był oddany ideom komunistycznej przebudowy świata. Przez kilka dekad w imieniu komunistycznej partii krzewił – generalnie z marnym wynikiem − idee komunistyczne wśród polskich Żydów.

W zasadzie nie przeanalizowano dotąd gruntownie przyczyn zerwania z judaizmem komunistów wywodzących się z rodzin chasydzkich i ortodoksyjnych. Na podstawie jednostkowych świadectw można jedynie próbować tworzyć katalog przyczyn, które o tym decydowały. Z pewnością odstręczał ekskluzywizm, tworzący barierę w kontaktach z przedstawicielami innych grup religijnych. Niekiedy nazywano judaizm wręcz religią plemienną, która nie dostarcza propozycji rozwiązania uniwersalnych problemów społecznych. Propagatorzy komunizmu zwracali uwagę na formalizm dominujący w praktykach religijnych, odbierali je jako zespół bezrefleksyjnie powtarzanych rytuałów, niemających nic wspólnego z codziennymi potrzebami duchowymi i materialnymi milionów ludzi. Młodzież – szczególnie niecierpliwa − nie chciała czekać na przyjście Mesjasza, by być szczęśliwą. Sama chciała odegrać jego rolę i wyzwolić świat z tego, co uważała za zło. Być może zresztą w większym stopniu młodzi utożsamiali się z Prometeuszem, gotowi nieść proletariatowi idee lepszego – ich zdaniem – życia.

Ciekawe są przypadki pięknoduchów z zamożnych rodzin, którzy nie doświadczyli osobiście materialnej nędzy, chociażby Roży Luksemburg, bardzo aktywnej w SDKPiL. Ku komunizmowi popychał ich swoiście rozumiany humanizm, wola niesienia pomocy ludziom biednym i prostym, niezdolnym do samodzielnego sformułowania programu walki o poprawę swojego losu. Do zastanego porządku dodatkowo zniechęcała młodych nierzadka brutalność organów władzy państwowej, szczególnie policji, czy arogancja biurokratów, nieczułych na potrzeby niższych warstw społecznych. O poczuciu upokorzenia, wywołanego uderzeniem policyjną pałką wspominał po latach pisarz, a w młodości także komunista – Julian Stryjkowski. To młodzi żydowscy inteligenci dostarczali istotnej części kadr kierowniczych organizacjom komunistycznym w międzywojennej Polsce. Prowadzili niekończące się dyskusje, pisali manifesty i artykuły programowe, dominowali w redakcjach partyjnej prasy.

Z czasem związek z komunizmem wpędzał zaangażowanego ideologicznie i politycznie człowieka w sytuację bez wyjścia. Po zerwaniu z rodziną taka osoba rzucała się w wir pracy partyjnej, kładąc wszystko na jedną kartę, czyli na zwycięstwo rewolucji. Partia zastępowała rodzinę, nierzadko stawała się zresztą jedyną żywicielką – komunistom zajmującym się zawodowo działalnością partyjną płacono pensje ze środków przekazywanych z Moskwy.

O stanie umysłu setek działaczy komunistycznych świadczy fakt, że w przeważającej części podporządkowywali się ocenom i wyrokom ferowanym w Moskwie. Czynili to nawet tak doświadczeni i inteligentni ludzie jak Adolf Warski. Poddali się dyktatowi przywódcy „ojczyzny światowego proletariatu” − Stalina. W okresie wielkiej czystki wymierzonej w elity komunistyczne (lata 1934–1938) większość komunistów w Polsce przyjęła do wiadomości oskarżenia o rzekomo agenturalną działalność setek towarzyszy partyjnych z tzw. bardzo długim stażem. Uznali ich winę, nie protestowali, gdy ich niedawni przywódcy jeden po drugim znikali w otchłani gułagu. Również i w tym było coś niemożliwego do zaakceptowania przez normalnego człowieka, który miał więzi przyjacielskie i rodzinne.

Nie wspomniałem jeszcze o żydowskich robotnikach fabrycznych, uczniach i czeladnikach pracujących po kilkanaście godzin na dobę za marne wynagrodzenie. Część z nich gotowa była poprzeć każdy ruch polityczny dający nadzieję na szybką poprawę losu. Zwycięstwo bolszewików w Rosji zdawało się wskazywać, że komunistyczna alternatywa jest warta poparcia. Ale − podkreślam po raz kolejny − tak uważała tylko znikoma część żydowskich proletariuszy oraz zapracowujących się do granicy wycieńczenia drobnych rzemieślników i kramarzy.

Ruch komunistyczny w Polsce międzywojennej zrzeszał w latach trzydziestych 20–30 tys. członków. Żydzi stanowili wśród nich w przybliżeniu 30 proc. Reprezentacja w gremiach kierowniczych i wśród ideologów redagujących materiały propagandowe była większa i przekraczała 50 proc. Rożnie w poszczególnych miastach przedstawiała się też struktura narodowościowa KPP i innych komunistycznych agend. Przykładowo w Warszawie w 1925 r. Żydzi mieli stanowić 46 proc. członków lokalnych ogniw KPP. Wielkości względne mówiące o setkach działaczy i ok. 10 tys. Żydów – szeregowych członkach ruchu komunistycznego – robią duże wyobrażenie. To one uzasadniają tezę, że wielu było Żydów wśród komunistów w Polsce. Wszyscy oni jednak stanowili ułamek procenta ponad trzymilionowej społeczności polskich Żydów; obciążenie ponad 99 proc. całej ich populacji odpowiedzialnością za aktywność stosunkowo nielicznego środowiska ekstremistów, wymierzoną w ustrój i integralność terytorialną Rzeczypospolitej, jest nadużyciem.

Zanim Moskwa wydała w 1938 r. polecenie (w istocie rozkaz) rozwiązania struktur komunistycznych w Polsce, komuniści narodowości żydowskiej należeli poza KPP do Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej i lokalnych struktur Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Kilkuset z nich współtworzyło krąg zawodowych funkcjonariuszy partyjnych i współdecydowało o obliczu komunizmu w Polsce. Komuniści, w tym Żydzi – głośni, zapalczywi, na ogół bezkompromisowi, emanujący pogardą do innych idei i głoszących je ludzi – byli widocznym elementem sceny politycznej. Widocznym, ale niewiele znaczącym tak na polskiej, jak i żydowskiej ulicy. Przynajmniej do momentu, gdy to wąskie środowisko polityczne uzyskało sposobność administrowania Polską za sprawą sowieckiej agresji 1939 r. i systemu jałtańskiego. Opowieść o tysiącach ludzi zaciągających się wówczas pod sztandary obozu władzy jest już inną historią.

Wybrana literatura

Salo W. Baron, The Russian Jew under Tzars and Soviets, New York 1987; Grzegorz Berendt, Życie żydowskie w Polsce w latach 19501956. Z dziejow Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydow w Polsce, Gdańsk 2006; Stanisław Krajewski (Abel Kainer), Żydzi a komunizm, „Krytyka. Kwartalnik Polityczny” 1983, nr 15; Arno Lustiger, Czerwona księga. Stalin i Żydzi, Warszawa 2004; Ezra Mendelssohn, Żydzi Europy Środkowo-Wschodniej w okresie międzywojennym, Warszawa 1992; Pinchas Minc, Di geszichte fun a falsze iluzje, Buenos Aires 1954; Joanna Nalewajko-Kulikov, Obywatel Jidyszlandu. Rzecz o żydowskich komunistach w Polsce, Warszawa 2009; Jaff Schatz, The Generation. The Rise and Fall of the Jewish Communists of Poland, Berkeley – Los Angeles – Oxford 1991; Dovid Sfard, Mit zich un mit andere, Jeruszalaim 1984; Edmund Silberner, Die Kommunisten zur Judenfrage. Zur Geschichte von Theorie und Praxis des Kommunismus, b.m.w., 1983; Hirsz Smolar, Fun inewjnik. Zichrojnes wegn der „Jewsekcja”, Tel Awiw 1978; Zbigniew Szczygielski, Członkowie KPP 1918–1938 w świetle badań statystycznych, Warszawa 1989; The Left against Zion. Communism, Israel and the Middle East, red. R. Wistrich, London 1979; Jan B. De Weydenthal, The Communists of Poland. An Historical Outline, Stanford 1978; Żydzi i komunizm, red. M. Bilewicz, B. Palisz, „Jidełe”, wydanie specjalne, 2000.

BIULETYN INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ, NR 11 (120) listopad 2010