Przy okazji książki François Souchala „Wandalizm rewolucji”

*

Rewolucja antyfrancuska uznawana jest za matrycę wszystkich późniejszych rewolucji, z bolszewicką na czele, którym przyświecają w głównej mierze idee dechrystianizacji świata. A i dzisiaj, w czasach „post-marksizmu”, czy marksizmu kulturowego jest tak samo, zmieniają się jedynie środki. Cele przyświecające rozjuszonym francuskim rewolucjonistom i dzisiejszym teatralnym bojownikom są takie same.

Souchal w swojej książce rewolucyjny amok niszczenia dzieł sztuki z czasów monarchii kilkukrotnie określa jako egzorcyzmy, czyli wypędzanie złego ducha tyranii. Pisze, że „wiek XVIII to czas, kiedy symbol zachowuje całą swoją moc”, i dalej: „Od zawsze i we wszystkich cywilizacjach powielano wizerunek władcy; oczywiście wizerunek nie zastępował władcy, ale przez podobieństwo do niego był obdarzony pewną mocą reprezentacji i zasługiwał w związku z tym na szacunek, odbicie respektu należnego monarsze. W sytuacji, gdy nie było już monarchy, a więc i respektu, wizerunek tracił całą swoją moc i godność, stając się wręcz przedmiotem odrazy i zgorszenia (…). Podobnie jak w przypadku grobów w Saint-Denis chodzi więc o akt desakralizacji, profanacji w etymologicznym sensie tego słowa, o rodzaj egzorcyzmu. To, co jest rozbite i zdeptane, traci całą wartość”.

W tym kontekście zupełnie nie dziwią seks oralny z figurą JPII czy Jezus gwałcący muzułmankę w postępowych sztukach.

*

Najlepszy interes robi się na wzburzonych masach, podczas ich największego wzmożenia; jak dzisiaj, wzmożenia patriotycznego z jednej strony (koszulki z ŻW), a z drugiej wzmożenia partyzanckiego (KOD i inne). Lewica kpiąc z „mody patriotycznej”, sama produkuje koszulki z hasłami „tak wygląda lezba”. I jak zawsze, nihil novi sub sole; Francois Souchal w „Wandalizmie rewolucji” opisuje biznes plan z czasów rewolucji anty-francuskiej, przy okazji zburzenia Bastylii:

„Smutnym bohaterem tego cynicznego żerowania jest niejako Palloy, przedsiębiorca budowlany, choć należałoby rzec: przedsiębiorca rozbiórkowy, który mienił się jednym ze „zdobywców” Bastylii i wygrał przetarg na usunięcie znienawidzonej fortecy aż do fundamentów. Dawało to ogromna masą kamienia. Ten osobnik o płodnej wyobraźni wpadł na pomysł, by handlować kamieniami z gruzów i skorzystać na „patriotycznym” entuzjazmie, oferując owe kamienie jako relikwie. Żeby wyciągnąć maksymalny zysk, wykuwał z nich popiersia bohaterów tego czasu, i jeszcze lepiej: nadawał im formę zbliżoną do fortecy w miniaturze. Sprzedawał więc małe „bastylie”; dzięki dobrej sieci reklamy rozprowadzał je nawet na głębokiej francuskiej prowincji. Miniatury Bastylii stały się prawdziwymi „dewocjonaliami”, które czczono i którymi posługiwano się przy okazji najmniejszego święta rewolucyjnego, obwożąc je na tryumfalnych wozach lub eksponując na przenośnych ołtarzach niczym Najświętszy Sakrament, podczas gdy szaleńcy wydzierali ze skarbców kościelnych relikwiarze i wyrzucali ich zawartość na śmietnik! Ta groteskowa sakralizacja była w każdym razie korzystna dla Palloy, który rozumiał, że interes można jeszcze rozwinąć. Zaczął zasypywać rynek bibelotami i tandetą, zawsze związanymi ze wspomnieniem Bastylii i jej „wyzwolenia”. Podobno z łańcuchów więziennych wybił medale „przeznaczone do tego, by spoczywać na piersiach ludzi wolnych”, a z rejestru więźniów wyciął patriotyczne karty do gry. Zbudował też sobie dom z kamieni po Bastylii. W swoim bezwstydzie posunął się aż do podarowania uwięzionemu małemu delfinowi gry w domino wykonanej z materiałów po Bastylii, „żeby go natchnąć wstrętem do tyranii”. Samemu tytułując się „patriotą Palloy”, obnosił się z gorliwym jakobinizmem”.

*

Wielka Rewolucja Francuska rozpoczęła trwającą do dzisiaj „wspaniałą” walkę o „Wolność, Równość, Braterstwo, albo Śmierć”:

„Obsesja równości za wszelką cenę rozciągała się na zabytki. Irytujące stały się iglice kościołów, w które wznosiły się do nieba, pustego oczywiście, i swymi rozmiarami raziły wzrok obywatela, nie mogącego tolerować takiego wywyższania się.

(…)

Nieco na północy inny członek Konwentu, Bo, wydał zarządzenie nakazujące, by w imię zasad równości obalić wszystkie dzwonnice i inne części kościołów wznoszące się ponad wysokość dachu nawy. Wspominają o tym oficjalne teksty; niestety zarządzenie wcielono w życie. Trzeba było ścinać dzwonnice tak samo jak głowy.

(…)

[o Strasburgu] „Tymczasem wysokość iglicy – z pewnością wyjątkowa – jawiła się jako wyzwanie nie do zniesienia, obraza równości, jak wiadomo, świętej zasady republikańskiej. Członkowie klubu jakobinów nawoływali, by zrównać z ziemią „tę piramidę wzniesioną przez zabobon ludu”, która przypominała o „dawnych błędach”. Element umiarkowany samorządu się sprzeciwił. Dla ratowania dzwonnicy wymyślono, by ją przystroić w olbrzymią czapkę frygijską z blachy pomalowanej na czerwono. Wieża katedry stawała się w ten sposób latarnią morską rewolucji!”.

François Souchal, „Wandalizm rewolucji”: http://kronos.org.pl/ksiazki/wandalizm-rewolucji/

Roman Bratny o Januszach promocji pod koniec lat czterdziestych

„Pisywałem wówczas wiersze w dość trudnej, niepopularnej poetyce. Byłem więc mało czytany, a będąc w biedzie, musiałem uczestniczyć w akcjach popularyzacji literatury poprzez wieczory autorskie. Zdarzały mi się różne sytuacje. Przyjeżdżam, na przykład, do miasteczka z moim przewodnikiem i nagle widzę wielki afisz: występuje Zofia Nałkowska. Mówię do niego z pewną pretensją: „Jak możecie mnie tu przywozić, młodego debiutanta, kiedy jest równocześnie wieczór takiej sławy?
– Ależ nie, to jest pana wieczór autorski.
– Jak to mój wieczór?
– No tak, bo nikt by przecież nie przyszedł na pana, więc zapowiadamy Zofię Nałkowską, a potem przeprosimy i pan będzie czytał swoje wiersze.
No więc czytało się te wiersze wobec publiczności spędzonej często przez sołtysa, matek z dziećmi u piersi, i zdarzały mi się pytania: „Panie, a kiedy będzie pan te sztuki pokazywał?”. Bo jak się okazało, inny spryciarz zawiadomił, że przyjeżdża prestidigitator, który będzie tu prezentował swoje umiejętności, a tymczasem wychodzę ja i czytam jakieś wiersze”.

Roman Bratny

Bydgoska muzyka rozrywkowa – kiedyś i dziś

Zrzut ekranu 2017-04-23 o 19.57.05

Muzycy tworzą w skromnych warunkach – w piwnicach ukrytych pod sklepami spożywczymi lub w pomieszczeniach po upadłych wielkich bydgoskich zakładach. Jednak nawet niewielkie sukcesy artystyczne bywają okupione ogromnymi stratami, choćby powodowanymi przez ulewne deszcze zalewające sale prób w suterenach. Dokuczliwe są również mroźne zimy, gdy tworzenie muzyki utrudniają skostniałe dłonie lub psujące się sprzęty – nie wszędzie bowiem działa ogrzewanie. Mimo wielu przeciwności, lokalnym twórcom udaje się jednak funkcjonować w muzycznej branży i pojawiać się u popularnych redaktorów muzycznych w znanych stacjach radiowych (Trójka) i na największych polskich festiwalach (OFF Festival). Oczywiście to funkcjonowanie w zdecydowanej większości przypadków nie wiąże się z finansowymi zyskami i sławą dającą rozpoznawalność. Zespoły i solowi wykonawcy tworzący muzykę nieoczywistą i trudną w odbiorze, siłą rzeczy trafiają do niewielkich grup odbiorców zainteresowanych ambitniejszymi projektami. Bywa, że niezauważeni w Polsce, cieszą się wielkim uznaniem zachodnich krytyków, by dopiero później zdobyć popularność w regionie. Tak było z bydgoszczaninem Jakubem Ziołkiem, laureatem Paszportu Polityki w kategorii „muzyka popularna” za 2015 rok…

Całość na stronie Tygodnika Bydgoskiego: http://www.tygodnikbydgoski.pl/kultura/ambitne-brzmienie-bydgoszczy

Wasilij Grossman – „Życie i los”

Grossman_Zycie_i_los

Przez wielu krytyków dzieło Grossmana uważane jest za największą rosyjską powieść XX wieku. Znany angielski historyk Antony Beevor umieścił ją, obok prac naukowych (np. o Hitlerze), wśród pięciu najlepszych książek o II wojnie światowej. Autor swoje opus magnum ukończył w 1960 roku, choć wkrótce potem zostało ono zarekwirowane przez KGB, wraz z taśmami z maszyny, na której powstało. Powieść uznano za wyjątkowo niebezpieczną, bowiem jest w istocie rozliczeniem z sowieckim reżimem…

czytaj więcej: http://booklips.pl/recenzje/los-czlowieka-sowieckiego/